Wybierz wersję językową:

Psy ras drobnych

s

Najpierw spadł śnieg i byłam bezradna. Później zaczęło się jątrzyć. Później sześć razy byłam na oddziałach zamkniętych kilku szpitali psychiatrycznych, najczęściej w Kobierzynie. Za ostatnim razem przymusowo skierowano mnie na grupową terapię behawioralną i kiedy – po trzech miesiącach codziennej kilkugodzinnej mordęgi – terapia się skończyła, zaczęło mi się wreszcie trochę układać.

Później starałam się uporządkować chorobę w czasie. Żeby przypomnieć sobie daty, zaglądałam do kart wypisowych, bo bez nich nic nie pamiętam. Ani w którym roku skończyłam studia, ani kiedy „to się zaczęło”, ani ile razy miałam załamanie nerwowe i zabierała mnie do szpitala karetka albo taksówka.

Do szpitala psychiatrycznego przybywa się tylko od poniedziałku do piątku. Przy jego drzwiach wejściowych stoją wtedy salowi. Otaczają psychiatryk jak armia pałac.

Karetki przyjeżdżają do szpitala zwykle nocą. W dzień tylko wtedy, kiedy przywożą samobójców z chirurgii albo toksykologii. Jest to prestiż, kiedy wysyłają cię do szpitala w karetce. Za to taksówki, którymi podjeżdżamy do szpitla, są zawsze tej samej firmy – najtańszej. I choć każdy wie, że na model oraz kolor zamawianego samochodu nie ma się wpływu, to nowego pacjenta pozostali oceniają najpierw po taksówce i kierowcy, bo przecież los albo pan bóg sprzyjają bogatym. Kategorie są dwie: wiek auta i uroda kierowcy. Jak z daewoo wysiada pizda o twarzy jaszczurki i nie pomaga z bagażami, to pacjent ma, przynajmniej na początku, przejebane na oddziale.

A ja przyjechałam karetką. I specjalnie byłam wesoła, żeby pacjentom wyglądającym ciekawie przez okna wysłać sygnał: lubcie mnie! Jestem lepsza od reszty tych mułowatych kobył u was w szpitalu!

Dotarliśmy więc. I tu się zaczyna moja opowieść. O tym, że szpital to wczasy dla smutnych dzieci. Żeby wszystkie były w jednym miejscu.

Na drzwiach obok domofonu wisi kartka z informacją:

 

proszę dzwonić RAZ
i cierpliwie czekać na otwarcie drzwi

 

Nie chcesz tu być, ale prosisz, żeby ci otworzono. Na damski z reguły krócej niż na męski, bo siostry na damskim są jakieś takie żwawsze. Zresztą „damski” i „męski” to określenia umowne, ale nie, bo gender, tylko dlatego, że po prosty jedną salę na damskim zajmują mężczyźni. Mają osobną toaletę, ale już wspólny prysznic, bo na piętrze jest tylko jeden i nie da się go podzielić.

Otwierają mi i wchodzę. Po długim korytarzy suną tłuste, nażarte sumy, niespesznie, w tę i z powrotem. Na mój widok zbijają się w ławicę i odpływają w ciemność, szepcząc coś do siebie. Wokół nich krążą ci z afektywną dwubiegunową w fazie aktywnej. Jak ćmy: wpadają na siebie, obijają się, a kiedy kończy im się zwyżkowa forma, czołgają się pod kaloryfery i siedzą tam sobie obok zasuszonych much.

Znam ten szpital, ten oddział, bardzo dobrze. Nosiłam tu mamie gazety, jedzenie i podpaski.

Zawsze, jak ją odwiedzałam, to narzekała. Że wszystko stare, zaniedbane i nieszczelne. Że wiatr hula po korytarzu i po łazience, w której nawet kaloryfera nie ma i woda czasem zamarza. Ani zasłonki pod przysznic, ani żadnej szmaty, choćby takiej na okno, żeby nikt nie podglądał. Ani mopa do starcia jeziora od progu, bo w odpływach włosy. Że zimno nawet w lecie i że w pokojach ciaśniej niż w celach. I śmierdzi. Że się czytać nie da, nic się nie da, i że musi udawać, że śpi, żeby nikt nie zagadywał. I dbać o zepsuty czajnik musi i pilnować cukru, kawy, nawet majtek. Że jedyne, co można, to wałęsać się po korytarzu i podglądać, kto śpi, a kto nie.

Przydział sal odbywa się na chybił trafił. Trafia się tam, gdzie jest akurat wolne łóżko. Depresja i zaburzone cechy osobowości leżą więc obok innych chorób. A tych mnogość. Są na przykład maniakalno-schizoidalne choroby, czyli takie, w których jesteś do niczego i zginiesz, zginiesz prędko (a lekarze ci w tym pomogą). Są też choroby lękowe, kiedy ciągle się boisz, ale nie wiesz czego, więc wychodzi, że wszystkiego.

Zdrowi psychicznie, czyli personel, wierzą za to, że kiedy spadnie na podłogę karta chorobową, należy ją przydeptać, żeby pacjentka nie leżała długo.

Robią mi test na depresję. Musi być bardzo stary: mój egzemplarz jest odbitką przez kalkę z maszyny do pisania. Wygląda tak:

 

 

 

TEST NA DEPRESJĘ
Czy masz depresję? Zaznacz odpowiedź.
TAK / NIE

 

 

 

Gdyby nie papiery: dokumenty z domów dziecka, poprawczaków i więzięń, wypisy ze szpitala, niebieskie karty i recepty; gdyby nie ich drobne przedmioty: łyżka ze stołówki, modlitewnik, zdjęcie dwóch yorków wyszarpane z gazety, kaseta magnetofonowa z napisem „Matka” a na niej nagrane koronki do Matki Boskiej, wyprana siata reklamowa, złożona równo – nikt by nie pamiętał, że te kobiety, które dzisiaj są tutaj, w ogóle żyły.

Ludzie myślą, że mężczyźni na oddziałach psychiatrycznych piszą poezję i traktaty filozoficzne albo siedzą za wywrotowe myślenie i działalność opozycyjną. Myślą też, że na oddziałach psychiatrycznych znajdują się tylko seryjne morderczynie, wiedźmy, mówiące jezykami szeptuchy, chore na pląsawicę i wściekliznę potomkinie zwierząt urodzone z zębami i szóstym palcem. To też. Ale większość dziewczyn na oddziałach nie jest aż tak szalona i pamięta, co robili im ojcowie, wujkowie, mężowie, matki, co robił im Kościół, ZUS i rynek pracy.

W dzień wolnych wyjść z terenu szpitala oszukuję i wyruszam daleko dalej. Po książkę do księgarni. Kupuję Pra autorstwa wnuczki Iwaszkiewicza – historię rodziny, czy raczej rodu, bo tak pretensjonalna jest to proza. No, ale kupuję, bo z 50 zł upust na 20 zł. Dopiero na oddziale zauważam, że okładka została wydrukowana odwrotnie. No więc siedzę i czytam tę ksiażkę, a wszyscy myślą, że ją czytam do góry nogami, jak regularna wariatka.

Adam wstaje, podnosi patyk i podrzuca. Chce zerwać upatrzony liść. Obserwujemy czy dosięgnie. Dosięgnął! Listek spada i miesza się z innymi. Adam się uśmiecha i ten uśmiech jest jakiś taki dziecięcy. On ma coś z głową jeszcze poważniej. Zanim trafił do Kobierzyna, zakładał kurtkę i wybiegał z domu:

– Idę do przechodniów – krzyczał, zbiegając po schodach.

Lubił rozmawiać z ludźmi, choć ci go okradali, odpychali i wyzywali.

Umysł miał bystry w kwestiach prostych czynności manualnych, a także kiedy przychodziło grać w skrable albo bronić PRL-u. Nie bywał agresywny, kopał w klomby tylko wtedy, gdy coś go rozzłościło. Pogorszyło mu się, kiedy pracował jako sprzątacz tramwajów i był świadkiem kłótni motornicznych. Jeden drugiemy walił pięścią w szybkę i wyzywał go.

– Zostaw go! To mój dobry kolega! – krzyknął Adam. – On nic nie zrobił, znam go!

I wtedy ten od walenia w szybkę odwrócił się i przypierdolił Adamowi. A chłopy same wielkie i po czterdziestce.

Zabrała wtedy Adama karetka, no i od tego czasy Adam ma coś z głową. A że wtedy miał dwa piwa wypite i sanitariusze to wyczuli, to zanim mu zaszyli łeb, czekali, aż z niego ten alkohol zejdzie. Czekał tam w sumie trzynaście godzin, podzas których dwa razy umierał z głodu, ale uratowała go woda w kiblu i kilka fajek luzem w kieszeni.

Najwięcej rozmawiamy jednak właśnie o mężczyznach, o swoich mężczyznach: mężach, ojcach, wujkach, braciach. Że są dobrzy, czuli i opiekuńczy, albo że są chciwymi milionerami, kapitanami statków, właścicielami fabryki tytoniu w Czyżynach, folwarku pod Krakowem albo seryjnymi mordercami. Martę spod okna ten chłop, ojciec trójki jej dzieci, zostawił w ciąży z trzecim, więc Marta opowiadała, że sama odeszła, bo był komunistą i nazistą naraz i to skuktowało tym, że dawał zły przykład dzieciom.

– Od trzech tygodni nie oddychałam powietrzem, żądam wyjścia, o boże, boże, boże, boże, boże, co ja komu zrobiłam, przepraszam!

Oj, Ewa.

Ewa – ten prawie dwumetrowy, pięćdziesięciopięcioletni pingwin – siedzi sobie pod dyżurką pielęgniarek na krzesełku, które sobie sama przyniosła. I tak mówi. Potrafi tak siedzieć czternaście godzin i gadać, dopóki nie ubiorą ją w kaftan i nie podadzą leków w zastrzyku.

Ten nasz szpital przypomina nabity ludźmi statek, kiwający się na wzburzonym oceanie. To taka antyarka załadowana smutnymi i samotnymi kobietami, kobietami o fatalnej kombinacji genów, kobietami przeznaczonymi do wyginięcia. Antyarka nikogo nie ratuje i donikąd nie zmierza. Ona tylko wypływa na sam środek oceanu, gdzie być może wymrą w nas, jej pasażerkach, te wirusy świńskiej melancholii, co atakują dusze, mózgi i serca.

Tu gdzieś na pewno jest dziurka, przez którą na pokład dostaje się woda i ona tę naszą antyarkę podtapia.

Ewa chodzi po korytarzu w koszuli nocnej w pomidory i najwyraźniej zapomniała, że jestem Agą, bo mówi do mnie:

– O dzień dobry, jakaś nowa pani! Co to za pani, taka nowa?

Jest południe, dzień słoneczny, a na korytarzy zapalone światło, wszystkie lampy. Ewa mi je pokazuje.

– Świecić, jak jest dzień – to jest rozum?

Dziś na Zebraniu Społeczności wypisujemy plusy i minusy oddziału. Plusów sporo, bo każdy liczy na profity za podlizywanie się. W niewielu minusach na pierwszą pozycję wysuwa się brak izolatki dla najcięższych przypadków.

Pacjenci chcą więc sami sobie ograniczać wolność. Widocznie aż tak nie ufamy sobie nawzajem i aż tak ufamy samym sobie, bo każdy myśli, że jego to nie dotyczy. A może to instynkt? Jak zwierzęta odganiające od stada śmiertelnie chore osobniki, i my chcemy pozbyć się umierających i najciężej chorych.

Czarna ma schizofrenię, wygląd namiętnej hrabiny, wstrętnej i złej. W nocy nie śpi. Piję wciąż te same zalewane fusy. „Od tego się młodnieje” – mówi, ale przecież wiem, że to dlatego, że nikt jej nie odwiedza, a więc i nie przynosi kawy. Może mieć z czterdzieści lat, jest szczupła, wysoka, ładna, choć ma poharataną gębę. Trudno z nią nawiązać kontakt, ale czasem udaje mi się z nią porozmawiać. Zwykle zaczyna się od tego, że zastaję ją płaczącą w palarni, pocieszam, a ona odpowiada:

– Człowiek sobie musi sam pomóc. Nie ma nikogo, jesteś tylko ty dla siebie, jesteś jak ogień, świecisz w ciemności dla siebie.

Twarz ma wówczas spokojną i wydaje się, jakby choroba opuściła ją na chwilę i odpoczywała sobie na okolicznych gałęziach. Patrzę na Czarną i mam wrażenie, że w tej chwili mogłaby raz na zawsze przed tą chorobą uciec. Ma na sobie nawet buty do biegania. Może choroba nie będzie jej gonić jakoś bardzo długo ani daleko. Może wystarczyłoby uciec przed nią tylko na dół, do ogrodu, albo pod łóżko, albo na świetlicę. A może ta jej choroba nawet nie szukałaby właścicielki, tylko rozpłynęłaby się i zniknęła. Tylko że ani Czarna, ani ja, ani nikt tu nie ma siły nigdzie uciekać. Dlatego jesteśmy tutaj, gdzie są leki trzy razy dziennie. A te spowalniają myśli o ucieczce, a co dopiero ja sama.

Jest strajk. Pielęgniarki i salowe pozabierały nam prześcieradła i teraz na każdym budynku wisi poszprejowany łach z napisem Strajk. Bardzo mi się to podoba i – jak większość pacjentek – kibicuję, ale też obgaduję, że nam kible zamykają na pół dnia, bo nie ma kto pilnować, żeby się nikt nie powiesił. No i że ogrodu nam nie otwierają. A w ogrodzie kasztan, na którym się można powiesić, wiatrak, na którym się można powiesić, szkło ze szklarni, którym można podciąć żyły, i ogrodzenie do sforsowania.

Przyjechała telewizja, to poszłyśmy wszystkie, te co mają wyjścia, pod izbę przyjęć. Ale jak nas zaczęli kamerować, to się rozpierzchłyśmy, bo większość z nas udaje przed światem, że nas tu nie ma.

Kurwa, ale nudno.


 

Olga Hund, Psy ras drobnych, Korporacja Ha!art, Kraków 2018

 

Psi sitnih rasa

<

Najpre je pao sneg i bila sam nemoćna. Potom je počelo da se zaoštrava. Potom sam šest puta boravila na zatvorenim odeljenjima nekoliko psihijatrijskih bolnica, mahom u Kobježinu. Na kraju su me na silu poslali na grupnu bihevioralnu terapiju i kada se – nakon tri meseca svakodnevne, višesatne torture – ta terapija završila, stvari su mi najzad postajale jasnije.

Potom sam pokušavala da ustanovim vremenske okvire bolesti. Da bih se prisetila datuma, pregledala sam otpusne liste, jer bez njih ništa ne bih zapamtila. Ni koje godine sam završila fakultet, ni kada je „to počelo“, ni koliko sam puta doživela nervni slom, a u bolnicu me vozili hitna pomoć ili taksi.

U psihijatrijsku bolnicu prispeva se isključivo od ponedeljka do petka. Tada se pred njenim ulaznim vratima postroje bolničari. Opkole ludnicu ko vojska palatu.

Hitna obično dolazi noću. Danju samo ako dovoze samoubice sa hirurgije ili toksikologije. Prestiž je kad te u ludnicu šalju hitnom službom. Ali zato su taksiji kojima pristižemo uvek iz iste firme – najjeftinije. I, premda svako zna da na model ili boju naručenog vozila niko nema uticaja, ostali će novog pacijenta prvo proceniti na osnovu kola i taksiste, budući da su sudbina ili bog ipak naklonjeni bogatima. Postoje dve kategorije: godište auta i izgled vozača. Ako iz daevua izlazi smrad s facom guštera i ne pomaže s prtljagom, pacijent je, bar u početku, najebao na odeljenju.

A ja sam došla hitnom. I namerno sam bila vesela, ne bih li pacijentima, koji su radoznalo virili kroz prozore, poslala signal: volite me! Bolja sam od većine tih muljavih kobila kod vas u bolnici!

Stigli smo. I tu počinje moja priča. O tome kako je bolnica odmaralište za tužnu decu. Gde su sva na jednom mestu.

Na vratima pored interfona visi obaveštenje:

 

Zvonite JEDNOM
i strpljivo sačekajte da vam neko otvori

 

Nisi tu svojom voljom, ali moliš da ti otvore. Za žensko po pravilu kraće nego za muško, zato što su sestre na ženskom nekako žustrije. Uostalom, „žensko“ i „muško“ su uslovne odrednice, ali ne zbog džendera, nego naprosto zato što jednu sobu na ženskom zauzimaju muškarci. Imaju zaseban toalet, ali zajednički tuš, zato što je na spratu samo jedan i ne može da se podeli.

Otvaraju mi i ulazim. Niz dugi hodnik i nazad, bez žurbe, plove podgojeni, naždrani somovi. Osorni su ili samo odsutni. Ugledavši me, zbijaju se u jato i odlaze u tamu, šapućući nešto među sobom. Oko njih kruže oni sa bipolarnim afektivnim u aktivnoj fazi. Nalik noćnim leptirima: naleću jedni na druge, odbijaju se, a kada im istekne ta nabujala forma, puze pod radijatore i sede tamo sa sasušenim muvama.

Znam ovu bolnicu, ovo odeljenje, vrlo dobro. Donosila sam mami novine, hranu i uloške.

Kad god bih je posetila, žalila se. Da je sve staro, zapušteno i nezaptiveno. Da vetar mahnita hodnikom i kupatilom, u kom nema čak ni radijatora i voda se ponekad zaledi. Ni zavese za tuš, niti ijedne krpe, makar neke za prozor, kako niko ne bi virio. Ni džogera da se obriše jezero oko praga, pošto su u slivnicima dlake. Da je čak i leti hladno i da su sobe tešnje nego ćelije. I smrdi. Da ne može da čita, da ne može ništa, i da mora da se pravi da spava kako joj se niko ne bi obraćao. I na pokvareni čajnik mora da pazi, da čuva šećer i kafu, pa čak i gaćice. Da jedino što može jeste da tumara hodnikom i krišom proverava ko spava, a ko ne.

Ali, posle evropskih donacija, ovde je sasvim, sasvim drugačije. Prvo, sestre imaju novu šminku. Drugo, deo prozora je od plastike. Treće, daju više kompota nego što su davali mami. Četvrto, novo kupatilo (mada je slivnik onaj stari, sa starim, a verovatno i novim dlakama). Peto, zidovi i stolice su svetlozelene boje. Šesto, dve kutije novih, potpuno čitavih slagalica. Sedmo, čisti džogeri.

Raspodela soba vrši se nasumice. Završićeš gde god se u tom trenutku nađe slobodan krevet. Depresija i poremećaji ličnosti leže pored drugih bolesti. A njih je mnoštvo. Ima, na primer, manijakalno-shizoidnih oboljenja, usled kojih nisi ni za šta i skončaćeš, skončaćeš brzo (a lekari će ti u tome pomoći). Ima i anksioznih oboljenja, kad se stalno plašiš, ali ne znaš čega, pa ispada da se plašiš svega.

Oni psihički zdravi, iliti osoblje, veruju, međutim, da karton, ukoliko padne na pod, treba zgaziti kako pacijentkinja ne bi ležala dugo.

Rade mi test na depresiju. Mora da je veoma star: moj primerak je prekucan na pisaćoj mašini uz pomoć indiga.

 

TEST NA DEPRESIJU
Da li imaš depresiju? Zaokruži odgovor.
DA / NE

 

Da nije papira: dokumenata iz sirotišta, popravnih domova i zatvora, otpusnih lista iz bolnica, plavih kartona i recepata; i da nije sitnica koje poseduju: kašike iz menze, molitvenika, fotografije dva jorkširska terijera, istrgnute iz novina, audio-kasete s natpisom „Majka“, a na njoj snimljene molitve Bogorodici, izbledele, pažljivo složene najlon kese – niko se ne bi sećao da su žene, koje su danas ovde, uopšte živele.

Ljudi misle da muškarci na psihijatrijskim odeljenjima pišu poeziju i filozofske traktate ili sede tu zbog subverzivnih stavova i opozicionarstva. Misle i da se na psihijatrijskim odeljenjima nalaze samo žene-serijske ubice, veštice koje govore nemušti jezik, potomkinje životinja, rođene sa svim zubima i šestim prstom i obolele od horeje i besnila. Ima i toga. Ali devojke na odeljenjima uglavnom nisu baš toliko lude i sećaju se šta su im radili očevi, stričevi, muževi, majke, šta su im radili Crkva, zdravstveno osiguranje i tržište rada.

Na dan slobodnih izlazaka iz bolničkog kruga varam i otiskujem se znatno dalje. Po knjigu u knjižaru. Kupujem Pra Ivaškjevičeve unuke – istoriju porodice, tačnije čitave loze, toliko je ta proza pretenciozna. Ipak je kupujem, zbog sniženja sa 50 zlota na 20 zlota. Tek na odeljenju primećujem da su korice odštampane obrnuto. Sedim, dakle, i čitam tu knjigu, a svi misle da je čitam naopako, ko prava lujka.

Adam ustaje, podiže prut i baca ga uvis. Video je list i želi da ga otkine. Gledamo hoće li ga dohvatiti. Dohvatio ga je! Listić pada i meša se sa ostalima. Adam se osmehuje i taj osmeh je nekako detinji. Nešto mu nije u redu s glavom, još ozbiljnije nego nama. Pre nego što je završio u Kobježinu, oblačio bi jaknu i istrčavao iz kuće:

– Idem među prolaznike – vikao je trčeći niz stepenice.

Voleo je da razgovara s ljudima, iako su ga potkradali, odgurivali i psovali.

Bio je bistrog uma po pitanju jednostavnih manuelnih operacija, kao i kad je trebalo da igra skrebl ili brani Narodnu Republiku Poljsku. Nije bio agresivan, šutirao je cveće samo kad bi ga nešto razljutilo. Stanje mu se pogoršalo dok je radio kao čistač tramvaja i bio svedok svađe između vozača. Jedan je drugome lupao pesnicom o prozorče i psovao ga.

– Ostavi ga! To mi je dobar kolega! – povikao je Adam. – Ništa nije uradio, poznajem ga!

I onda se onaj što je lupao o prozorče okrenuo i raspizdio Adama. A kršni momci, obojica, četrdesetu prešli.

Adama je potom pokupila hitna, i otad Adamu nešto nije u redu s glavom. A pošto je popio bio dva piva i bolničari to nanjušili, čekali su da se otrezni pre nego što su mu zašili glavu. On je čekao sveukupno trinaest sati, dvaput za to vreme umirući od gladi, ali spasla ga je voda iz vece šolje i nekoliko cigareta koje su mu ispale u džepu.

Pa ipak, najviše razgovaramo upravo o muškarcima, o svojim muškarcima: muževima, očevima, stričevima, braći. Da su dobri, nežni i brižni, ili da su pohlepni milioneri, brodski kapetani, vlasnici fabrike duvana u Čižinama, majuru podno Krakova, ili serijske ubice. Martu je onaj seljak, otac troje njene dece, ostavio pod prozorom dok je nosila treće, pa je pričala kako je sama otišla, jer je bio komunista i nacista u isto vreme, i da je zbog toga davao deci loš primer.

– Tri nedelje vazduh nisam udahnula, zahtevam da me pustite, o bože, bože, bože, bože, bože, šta sam ja ikome učinila, izvinjavam se!

O, Eva.

Eva – taj bezmalo dva metra visoki, pedesetpetogodišnji pingvin – sedi ispred sobe za dežurne sestre, na stoličici koju je sama donela. I to govori. U stanju je da sedi tako po četrnaest sati i priča dok joj ne obuku ludačku košulju i injekcijom ubrizgaju lekove.

Ova naša bolnica podseća na brod nabijen ljudima, koji se klati na uzburkanom okeanu. To je kao neka antibarka, nakrcana tužnim i usamljenim ženama, ženama sa katastrofalnom kombinacijom gena, ženama osuđenim na izumiranje. Antibarka nikoga ne spasava i nikuda ne vodi. Ona samo isplovljava ka središtu okeana, gde će u nama, njenim putnicama, možda krepati svi ti prokleti virusi melanholije, što nam napadaju duše, mozgove i srca.

Mora da tu negde postoji neka rupa, kroz koju voda prodire na palubu i ovu našu barku potapa.

Eva korača hodnikom u spavaćici sa sličicama paradajza i očito je zaboravila da sam Aga, jer mi kaže:

– O, dobar dan, eto nama nove dame! Ko ste vi, nova damo?

Podne je, dan je sunčan, a u hodniku je upaljeno svetlo, svaka lampa. Eva mi ih pokazuje.

– Gore usred bela dana – jesu li sišli s uma?

Danas na zasedanju zajednice beležimo pluseve i minuse odeljenja. Pluseva je poprilično, jer svako računa da će ućariti nešto ulizujući se. Među ponekim minusom, na prvo mesto izbija nepostojanje samice za najteže slučajeve.

Pacijenti, dakle, imaju potrebu za međusobnim ograničavanjem slobode. Očito toliko jedni u druge nemamo poverenja, a toliko smo uvereni u sebe da svako misli kako se to ne odnosi na njega. A možda je u pitanju instinkt? Kao što životinje teraju iz stada smrtno bolesne jedinke, i mi želimo da se rešimo onih što umiru i pate od najtežih oboljenja.

Crna ima šizofreniju i izgleda kao zanosna grofica, opaka i zla. Noću ne spava. Uvek pije kafu od istog soca. „Podmlađuje“, kaže, iako znam da to radi zato što je niko ne posećuje, a samim tim ne donosi ni kafu. Ima četrdesetak godina, zgodna je, visoka, lepa, ali joj je lice unakaženo. Teško je uspostaviti s njom kontakt, pa ipak, uspevam ponekad s njom da popričam. Obično počinje tako što je zateknem u sali za pušače kako plače, tešim je, a ona odgovara:

– Čovek mora sam sebi da pomogne. Nema nikoga, samo si ti tu za sebe, kao vatra si, sijaš u mraku za sebe.

Lice joj je tada spokojno, i čini se kao da ju je bolest napustila nakratko i odmara se na okolnom granju. Gledam Crnu i stičem utisak da bi u tom trenutku mogla zauvek da pobegne od svoje bolesti. Ima čak i patike za trčanje na sebi. Možda je bolest neće juriti mnogo dugo ni daleko. Možda bi dovoljno bilo umaći joj makar dole, u baštu, ili pod krevet, ili u dnevni boravak. A možda ta njena bolest ne bi ni tražila vlasnicu, nego bi se rasplinula i nestala. Samo što ni Crna, ni ja, niti iko drugi ovde ima snage da igde beži. Zato i jesmo tu gde nam daju lekove triput dnevno. I oni nam usporavaju misli o begu, a kamoli ja sama.

Štrajk je. Bolničarke i medicinske sestre pouzimale su nam čaršave i sada na svakoj zgradi visi isprejana prnja s natpisom Štrajk. Vrlo mi se to sviđa i – kao i većina pacijentkinja – navijam za njih, ali ih i ogovaram, da nam zaključavaju vecee na pola dana, jer nema ko da pazi da se neko ne obesi o tuš. I da nas ne puštaju u baštu. A u bašti je kesten o koji možeš da se obesiš, vetrokaz o koji možeš da se obesiš, staklo iz staklenika kojim možeš da prerežeš vene i ograda za preskakanje.

Došla je televizija, pa smo se sve, kojima je dopušten izlazak, sjatile ispred sale za prijem. Ali, čim su počeli da nas snimaju, razbežale smo se, jer se većina pravi pred ostatkom sveta da nismo tu gde jesmo.

Jebote što je dosadno.

Izbor i prevod: Jelena Jović, jun–jul 2019

Lektura: Milena Jakovljević

Fot. Jasza Strongin
© Copyright for the Serbian translation by Jelena Jovic
Zobacz inne utwory autora->
Zobacz inne utwory w tym języku->