Keturi sonetai apie bėgantį laiką

<

I

 

Virš aukšto miesto spindintys šalti

apsamanoję bokštai bando įsiminti

žmonių balsus nes kas jų kalbą girdi

dabar tiems sunkūs vartai atverti

 

į skersgatvių siaurų vingiuotą tamsą

kur paukščio plunksna dengianti žibintą

lėtai lėtai plevena kol nukrinta

kadaise taip pleveno mano balsas

 

kai prietemoje prie manęs glaudeisi

ir tas prisilietimas reiškė laimę

dabar jau noksta netikrumo vaisiai

 

parduodami už daug didesnę kainą

nei ta kurią kadaise mes mokėjom

po tais žibintais užgesintais vėjo

 

II

 

Tačiau diena kuri virš miesto kyla

atras jų guolį lengvo miego pilną

ir net šviesa kuri nežino nieko

jų neišdrįs pakelt iš šito miego

 

ir lelija pražydus ant krūtinės

iškėlus žiedą nuo nakties rasotą

tokia balta tokia skaisti atrodys

nelyg šis žiedas būtų paskutinis

 

krantinės grindinį baltais žiedais palietus

ji su upe nuplauks nuplauks į tolį

tuščiom akiduobėmis žvelgs į lieptus

 

tarytum prisiminus mūsų guolį

kuris lelijų žieduose dar skendi

ir kuriame mes pasmerkti gyventi

 

III

 

Suprask kad ši malda kurią tau skyriau

nėra verta nė vieno tavo žodžio

ir visa tai kas mus dabar paguodžia

nėra nei šventa nei gražu nei tyra

 

bet iš nakties atliepianti tau lyra

užlieja kambarių bešviesę erdvę

ir gal tada kai nedrįsti net verkti

nubalę žiedlapiai lėtai į žemę byra

 

įkaitęs mėnuo daužosi į langą

tačiau užuolaida prie stiklo prisiglaudžia

ir gal todėl kad ji viena mus dengia

 

mes girdime nebylią savo maldą

ir jos tekėjimas paliečiantis mus skaudžiai

didesnį skausmą negu šitas valdo

 

IV

 

Kokia tuščia ir negyva ta gatvė

ir koks lietus jos smilkinius skalauja

ir prasismelkia pamažu į kraują

vis didindamas slegiančią vienatvę

 

į drėgną vėją pinas medžių šakos

kaip slegia debesys ant žemės nusileidę

koks pilkas ir negyvas miesto veidas

šaltom mėnulio lūpomis man šneka

 

ir nors galiu tais skersgatviais nuklysti

į tuos kiemus kurių tu nepažįsti

kurie tau svetimi atšiaurūs nykūs

 

antraip jų niekad būtum nepalikus

prisiminimai ten bet tokie tykūs

dar tylesni už mūsų kūdikystę

 

Wybierz wersję językową:

Cztery sonety o upływającym czasie

<

I

 

Zimna nad miastem błyszczy i złowroga

omszała baszta a jak kto z przybyszy

głosy tych co tu niegdyś żyli słyszy

choć mur je ukrył w mchu to wolna droga

 

w kręte uliczki w noc wykoślawioną

gdzie ptasie pióro tańczy tak ładnie

w świetle latarni wiruje nim spadnie

mój głos też dawniej wirował jak ono

 

wtuleni w siebie w takie jak ta noce

dobrze wiedzieliśmy co znaczy szczęście

potem dojrzały fałszu owoce

 

dziś kupujemy je za dużo więcej

niż kiedyś pod tą z roztańczonym ptasim

piórem latarnią co ją wiatr zagasił

 

II

 

A jednak zorza co nad miastem dnieje

pewnie wypatrzy pogrążonych we śnie

lecz nawet młode światło które nie wie

jeszcze o świecie nic zbudzić ich nie śmie

 

tymczasem z serca ze snów ich niewinnych

lilia wyrasta i rosą ocieka

i białym kwiatem ciało przyobleka

tak pięknym jakby nie być miało innych

 

łańcucha brzegu białym skrawkiem dotknie

i dalej z rzeką hen popłynie wodząc

tylko spojrzeniem smutnym za mostkiem

 

widać skojarzył się jej z tamtą nocą

która wciąż jeszcze w złotym oku tonie

i my po kres będziemy śnili o niej

 

III

 

Wiem że niegodna by być wniebowziętą

modlitwa którą wznoszę dziś ku tobie

jedyna dana nam pociecha bowiem

nie jest ni piękną ni czystą ni świętą

 

lecz powiedz tylko słowo a odpowiem

pokoje pieśnią liry opromienię

i z nieba spłyną jasnych gwiazd strumienie

skoro popłynąć nie chcą łzy spod powiek

 

czczą ciekawością księżyc się rozpłonił

szturmuje okno a że nas nie broni

nic prócz zasłony nic nas nie osłania

 

słyszymy swoje bezgłośne błagania

modlitwa boli a przecież wiem ona

z większego bólu niż ten nasz zrodzona

 

IV

 

Pusta i cicha dziś moja aleja

rzeka jesieni obmywa jej skronie

cały świat chyba w tym deszczu utonie

ja z każdą kroplą bardziej samotnieję

 

chmury z ołowiu wiszą nad domami

mokry wiatr mierzwi gałęzie sumiaste

księżyc pochyla się nad martwym miastem

i coś mu szepcze zimnymi ustami

 

mógłbym tak błądzić bodaj wieczność całą

po zakamarkach ulic i podwórek

dla ciebie one obce i ponure

 

inaczej przecież byś nie wyjechała

dziś te wspomnienia rozcieńcza szum miasta

dziś młode lata cicho czas zarasta

 

© Copyright for the Polish translation by Paulina Ciucka, 2019
Zobacz inne utwory autora->
Zobacz inne utwory w tym języku->