Konieczna
A ja lubię Słowację.
Zawsze to mówię Orieškowi: gadaj, co chcesz, a ja lubię Słowację.
– A Słowacja ma to w dupie – mówi Oriešek i pewnie ma rację.
Przejechaliśmy granicę polsko-słowacką pod Konieczną i zjechaliśmy na parking. Nie do końca było wiadomo, gdzie się tu kończyło terytorium Polski, a gdzie Słowacji. Czy Polska się zaczynała pośrodku trawnika przy parkingu? Czy od razu za krawężnikiem? – zastanawiałem się. Ale jeśli od razu za – to dziwne, bo kostka, jaką wyłożono biegnącą przez trawnik ścieżkę, była jakoś mało polska. Nie widywałem takiej w Polsce. Na Słowacji już prędzej, choć też nie byłem pewien. Kto ją kładł? Polacy czy Słowacy? Kto, zastanawiałem się, kosił trawę na trawniku?
Chodziłem po tym trawniku w tę i z powrotem jak kto głupi i zastanawiałem się, które źdźbła trawy są pod władzą polskiego rządu i prezydenta, a które słowackiego. Policjanci patrzyli na mnie dziwnie. I polscy, i słowaccy. Bo dwa radiowozy stały obok siebie na parkingu, który już ewidentnie znajdował się po słowackiej stronie. Słowackiej – ale jakoś nie do końca. Jakoś nie do końca słowackość się nad tym parkingiem unosiła. Pewnie dlatego, że granicy już nie było i jakoś się to polskie powietrze ze słowackim mieszało o wiele bardziej swobodnie niż wtedy, gdy trzeba było pokazywać dokumenty i otwierać bagażniki. Poza tym – jakoś zawsze to, co znajdowało się tuż za granicą, trudno było mi traktować serio. Jako prawdziwą zagranicę ze wszystkimi jej zagranicznymi sprawami. Tu było za blisko. Widziało się ten parking z Polski. Cóż to za zagranica, która widać zza granicy. To jakieś akwarium, nie zagranica. Wybieg dla zagraniczniaków. Witryna zagranicy.
Patrzyłem na twarze policjantów polskich i słowackich. Polscy mieli w twarzach coś mocno polskiego. Znajomego do bólu. Albo tak mi się wydawało. Byli wysocy, napakowani i przypominali trochę tankietki. Słowaccy mieli jaśniejsze włosy, byli trochę niżsi, trochę jakby bardziej miękcy, i w ruchach, i w rysach. Próbowałem sobie wyobrazić polskich policjantów w słowackich mundurach i słowackich w polskich. Na początku trochę mi tu zgrzytało, a później jakoś przestawało.
Ale budy handlowe, które stały przy parkingu, miały w sobie coś ewidentnie niepolskiego. Przypominały proste, bezpretensjonalne małe domki albo turystyczne bungalowy. Cztery ściany, wejście, spadzisty dach pokryty papodachówką. Intuicja mi podpowiadała, że w Polsce wyglądałyby jakoś inaczej. Że byłyby z pustaków, być może obłożone sajdingiem albo oklepane tynkiem barankiem. Obwieszone reklamami piwa Harnaś, Żywiec czy Tyskie. Albo miałyby po prostu inny kształt, bardziej klockowaty. I firanek by nie miały w oknach. Może zresztą tylko mi się to wszystko wydawało. Bo przecież w sumie budy jak budy. Opisane były dwujęzycznie. Na jednej, żółtej, wisiał niby napis „Potraviny”, ale zaraz „polska wódka super ceny”. Na drugiej było napisane „tania wódka” i nie wiadomo dlaczego „Bumerang”. I też, że „super ceny”. Gliniarze patrzyli przez chwilę, jak chodzę po trawniku, po czym wrócili do przyciszonej rozmowy. Ciekawy byłem, czy wzajemnie ci polscy i słowaccy policjanci też dyktują sobie do notesików dane spisanych osób, jak to robią polscy, gdy tylko ktoś zatrzyma się na uboczu.
Z lasu wyszedł jakiś facet i od razu zrobiło się jeszcze bardziej słowacko. Facet był starszy, miał lekko podkręcone wąsy, był w myśliwskim, alpejskim kapelusiku i w zgrzebnym, lecz schludnym stroju, który wyglądał tak, jakby uszyto go specjalnie po to, by chodzić w nim do lasu. Wyglądał ten facet jak emanacja Europy Środkowej. Jak gajowy z Rumcajsa. Po tym kapelutku od razu było widać, że to Słowak. W każdym razie nie Polak. Polacy takich nie noszą. A jeśli noszą, to rzadko. Taki kapelutek był niemiecki. Tyrolski. Niby środkowoeuropejski, ale nie oszukujmy się. Kojarzył się z niemiecką przestrzenią cywilizacyjną.
No ale na Niemca facet też nie wyglądał. Jego strój do lasu wyglądał na stary i nabyty jednak w kraju ludowym. Już bardziej na Czecha wyglądał. Bo niemieckawy kapelutek plus ten strój specjalnie do lasu (nasi by pewnie, myślałem, poszli w czym bądź), ale uszyty w komunie. Ale tu była Słowcja, więc, założyłem, pewnie Słowak, bo w czasach Czechosłowacji te kapelutki, czemu nie mogły zawędrować i na Słowację. W końcu byliśmy w górach i choć to nie Alpy, to górska kultura alpejska mogła tutaj via czechosłowackie Czechy dotrzeć. Może, kto wie, zawędrowały już wcześniej, gdy tu były Węgry, a Słowacja była ich częścią.
No więc – myślałem – Słowak. Albo Czech, który tu, na Słowację przyjechał za přírodou. Bo Słowacja dla wielu Czechów to coś nadal swojskiego, tylko sielskiego. Agrarnie i górsko idyllicznego. Taka Rurytania dla Czechów.
Facet usiadł przy stoliku na skraju parkingu. Za plecami miał siatkę okalającą dawny posterunek polskiego przejścia granicznego. Bardzo polską siatkę, malowaną na zielono. I w ogóle polski krajobraz – pagórki wokół Koniecznej, pola. Wyjął z chlebaka kiełbasę. To nie było miękka polska kiełbasa – to była kiełbasa sucha, twarda. Ciemna. Wyjął kanapki opakowane w papier. Wyjął w końcu butelkę piwa. Słowackiego. Otworzył otwieraczem. Jadł kanapki, przegryzał kiełbasą. I pił piwo, ot tak, zwyczajnie. Nie jak napój wyskokowy, jak w Polsce, tylko jak piwo. Jak napój. Jak na Słowacji. I w Czechach. Bez ostentacji, ale też bez żadnego ukrywania się, bez tego klimatu robienia czegoś zakazanego w miejscu publicznym, jak by to było w Polsce.
Patrzyli na niego polscy policjanci, stojący przy zaparkowanym naprzeciw niego polskim radiowozie, i zastanawiałem się, czy bulgocze w nich ten polski instynkt, żeby podejść, spisać, pouczyć, kazać wylać piwo, wlepić mandat i kręcąc z wychowawczą dezaprobatą głowami, poinformować o ustawie o wychowaniu w trzeźwości. Zastanawiałem się, czy tylko siłą się powstrzymują, by nie przejść na drugą stronę parkingu i nie podejść do faceta w kapelutku. Tym bardziej, że nie było pewne, czy ten stolik, przy którym siedział, nie stoi już przypadkiem na polskim terytorium. Patrzyli na niego, potem zerkali na swoich słowackich kolegów, którzy nie wykazywali facetem żadnego zainteresowania. Polacy – tak sobie wyobrażałem – nie wiedzieli, co robić. Może próbowali ocenić, czy facet jest Słowakiem, czy Polakiem. Bo jeśli Polak pije piwo na polskiej ziemi, to sprawa byłaby jasna. Mandat, pouczonko, ochrzan, wychowania w trzeźwości, do widzenia. Jeśli Słowak na polskiej, to już bardziej skomplikowane. To znaczy normalnie nie byłoby to skomplikowane, ale oto właśnie stoją tutaj ze słowackimi kolegami i oglądają sobie wzajemnie notesiki, więc jakoś tak głupio, zwłaszcza że sprawa niejasna. Odpuściliby pewnie, zresztą pewnie przed Słowakami by im było głupio, że się człowieka o piwo czepiają. Kto wie, może więc analizowali. Może próbowali dostrzec z daleka markę piwa, rodzaj kiełbasy, zastanawiali się być może nad kwestią kapelutka, może kombinowali, jak to właściwie jest, bo słowacki obywatel na słowackiej ziemi, ba, nawet polski obywatel na słowackiej ziemi, to już nie ich sprawa, nie ich odpowiedzialność i nie ich ustawa o wychowaniu w trzeźwości.
W końcu pożegnali się ze Słowakami, wsiedli do radiowozu i odjechali w stronę Gorlic. A Słowacy w stronę Bardejowa. Facet w kapelutku tymczasem dojadł kiełbasę, dopił piwo i odszedł powoli, nie spiesząc się, w kierunku Polski.
Fot. Foto © z archiwum autora