Fot. Komorowski Foto
Wybierz wersję językową:

Biec bez wytchnienia

s

Chudy, powtarzał sobie, przegiąłeś, chłopie! Jak zamierzasz im powiedzieć? Wcale nie powie. Posiedział ze starym, obejrzeli wiadomości. Wysłużony telewizor, kolory jeszcze nie zniknęły, ale mocno wyblakły. Prezenterzy wyglądają jak nieświeże ryby: ciemnoszarzy i pewnie śmierdzą. Chudy pokręcił się po pokoju, wyszedł do kuchni. W kuchni jak to w kuchni – coś znajdziesz, coś zgubisz. Kubki o czarnych herbacianych podniebieniach, szklanki z niedopitym sokiem, jakby ktoś odcedzał do nich lepką, niespieszną krew. Zwiędła zielenina, stępiałe noże. Przylepione do lodówki fotografie – oto ich rodzina, jeszcze cała czwórka; stary nerwowo patrzy w obiektyw, mama się uśmiecha, Chudy odwraca. I Mała we łzach. Jakby już wtedy wiedziała. Stoją pod drzewami w parku, wybrali się tam wspólnie. Obok zdjęcia dyplomy Chudego za udział w zawodach. Bo z reguły przyznawano je właśnie za udział. Jakby udział Chudego był dla organizatorów takim wielkim szczęściem. Otworzył lodówkę: garnek z resztkami czegoś śliskiego i wilgotnego. Nikt nie gotuje, więc nikt nie je. Czasem myślał, że lodówki nie wyrzucili tylko dlatego, że stary musi gdzieś trzymać swoje lekarstwa. Chudy wrócił do pokoju, wyszedł na balkon i zapalił z Małą. Słońce unosiło się nad cichym popołudniowym parkiem, niebo było niepokojąco przejrzyste. I żadnych przeciągów, żadnych podmuchów wiatru, jakby całe miasto wpadło do jakiejś dziury, a jego historia miała zakończyć się tragiczną śmiercią wszystkich mieszkańców. Z pragnienia i posuchy. Mała odgarnia z oczu złociste włosy, jej palce lekko drżą. Minęły trzy lata, ale wciąż nie zaznała spokoju, wybiega na balkon, przełyka dym, spogląda z nienawiścią na wzgórza za parkiem. Tak jak wtedy, przed trzema laty, kiedy powiedzieli, że jej Kapitana przygniotła jakaś płyta. Tuż obok, na sąsiedniej ulicy, na podwórzu bazy. Chudy poszedł go zabrać, widział wszystko dokładnie: koszula czarna jak u księdza, buty rozbite jak u tancerza, wgnieciona klatka piersiowa i krew w kącikach ust – jak sosnowa żywica. Mężczyzna po śmierci ma wyglądać dostojnie. Mała paliła już wcześniej, a kiedy pochowała Kapitana, przerzuciła się na fajki Chudego, tanie i mocne. Czerniały jej od nich paznokcie. Zjesz obiad? – zapytała jakby z niedowierzaniem, więc nawet nie zareagował. Zostawił jej pół paczki, obiecał zadzwonić. Już lepiej przesiedzieć na ulicy niż tutaj, z nimi, myślał. Pogrzebał w szafie. Z czystych rzeczy znalazł tylko koszulę od wyjściowego garnituru i ciemne dżinsy. W przedpokoju włożył adidasy. Wziął przesiąknięty dymem plecak. To jeszcze od wiosny, od czasu ostatniej włóczęgi. Miesiąc temu, wspominał, tak jest, miesiąc temu. A jakby w poprzednim życiu. Znów powąchał ciemne wnętrze plecaka i wrzucił go z powrotem pod wieszak na ubrania. Niczego nie zabierze. Przed nikim nie będzie się tłumaczył. Dokumenty też zostawi. Przetrząsnął kieszenie, znalazł rachunek, chyba za prąd. Zamierzał go odłożyć razem z dokumentami, niech płacą, a potem przyszło mu do głowy: a z czego niby mają płacić, sam pobiegnę, to nawet po drodze. Klucze położył pod lustrem, zamknął drzwi. Długo czekał na windę. Nie doczekał się, zbiegł po schodach, gwałtownie otworzył bramę i znalazł się na ulicy, oślepiony przez czerwcowe słońce, miękkie jak ciepła plastelina. Chciał zapalić, znów powywracał kieszenie i przypomniał sobie, że fajki oddał Małej. Jak zawsze, myślał, najlepsze kąski dla siostrzyczki.

Ich relacje z Małą były harmonijne i oziębłe. W dzieciństwie rodzice bez wyrzutów sumienia przerzucali ją na barki Chudego. Dbał, żeby nie wybiegała z domu, a w domu nie drażniła psa. Kiedy podrosła, bronił jej, pilnował, kiedy zostawała dłużej w szkole albo szła na basen. Chudemu starano się nie wchodzić w drogę. Był już w dziewiątej klasie, miał wygięty i spłaszczony nos, łuk brwiowy rozbity w paru miejscach, dłonie pocięte potłuczoną butelką – przypominał cyrkowego ekwilibrystę, którego dalsza kariera zależała od liczby odniesionych kontuzji i wytrzymałości organizmu. Po śmierci Kapitana Mała nie rozmawiała prawie z nikim. Z Chudym też, więc się jej nie czepiał. W ich domu w ogóle nikt się nikogo nie czepiał: rano Chudy biegł do pracy, Mała pracowała co drugi dzień, stary oglądał wiadomości. Mamy i psa już nie było.

Coś miało nastąpić, lecz niejasne było, jak się przygotować. Dlatego nie robili nic, rzucali tylko nieufne spojrzenia na przechodniów i wznosili oczy ku górze, tam gdzie akumulował się ciąg powietrza. Dlatego nie robili nic, rzucali tylko nieufne spojrzenia na przechodniów i wznosili oczy ku górze, tam gdzie akumulował się ciąg powietrza. Chudy lubił tę porę roku.

Poczta okazała się nieczynna, choć do zamknięcia pozostawała godzina. Chudy zaglądał w puste i nieme okna. Za jego plecami ktoś przejeżdżał na rowerze. Chudy obejrzał się gwałtownie: kobieta z pustym bidonem, obijającym się o kierownicę jak belka na niedobudowanej cerkwi, szybko odwróciła wzrok. Wszyscy w tym mieście sprawiali ostatnio wrażenie zastraszonych, unikali spojrzeń, a jeżeli już patrzyli w oczy, to tylko podejrzliwie. Każdy wydawał się na coś czekać, każdy rozumiał, że cisza i spokój, które niespodziewanie opanowały miasto w ostatnich dniach, nie nastały na długo. Niebo tylko na pierwszy rzut oka było wysokie i przejrzyste. Gdzieś nad horyzontem trwał nieustanny ruch, coś tam się działo, strumienie powietrza zrywały się i przesuwały w kierunku doliny, coraz bliżej, gęściej. Coś miało nastąpić, lecz niejasne było, jak się przygotować. Dlatego nie robili nic, rzucali tylko nieufne spojrzenia na przechodniów i wznosili oczy ku górze, tam gdzie akumulował się ciąg powietrza. Chudy lubił tę porę roku. Latem miasto nie wyglądało tak żałośnie i przygnębiająco, zieleń miękko otulała stare mury budynków i pordzewiałe szkielety dawnych fabryk. Wszędzie było pełno kurzu, wszędzie rosły morwy. Podnosisz z ziemi jabłko, piasek pogodnie chrzęści między twoimi zębami, a wokół pachnie rzeka. Ale w tym roku wszystko było inne, nawet zieleń wzbudzała podejrzenia. Kto się w niej czai, co się za nią kryje?

Chudy wyjął telefon, sprawdził godzinę. Kazali mu przyjść nocą, im później, tym lepiej, żeby nie rzucać się w oczy. Powłóczył się trochę ulicami i zawrócił w stronę domu. Jego budynek był wysoki i wypalony przez słońce niczym podniebny żagiel. Siostra wciąż tkwiła na balkonie. Paliła i wystawiała się na słońce. Nawet nie zauważy, gdy wrócę, a jak nie wrócę – też nie zauważy.

Postanowił, że wpadnie jeszcze do chrzestnego. Obszedł budynek i skręcił na nieźle wydeptaną i utwardzoną ścieżkę. Jej czarny grunt usiano pieczołowicie kapslami od piwa i szkłem z butelek. Przez dziurę w płocie przedostał się na szkolne podwórko i wyszedł na boisko. Nikt tu od dawna nie grał w piłkę, ale trawa i tak nie była w stanie przebić się przez zadeptaną na śmierć ziemię. Od maja szkoła stała pusta. Chudy przebiegł przez szkolny ogródek, schylając się pod ciężkimi gałęziami jabłoni. Wbiegł do bramy. Czekał na jakieś spotkanie, czuł potrzebę przywitania się z kimś. Przywitam się z chrzestnym, myślał, pokonując schody.

Chrzestny otworzył od razu, jakby czekał na niego pod drzwiami. Wyjrzał nerwowo na klatkę schodową, czy przypadkiem nikogo więcej tam nie ma. Długo zamykał obite dyktą drzwi na dwa zamki, długo przekręcał klucze. Zaprowadził Chudego do kuchni. Nie zapytał go, po co przyszedł. Chudy zauważył, że chrzestny mocno się postarzał, posiwiał jeszcze bardziej, jego przekrwione oczy – jakby długo płakał albo długo nie spał – błądziły nerwowo po pokoju. Chyba dawno z nikim nie rozmawiał, trudno powiedzieć, kiedy ostatnio opuszczał mieszkanie. Stół kuchenny zastawiony był zeszłorocznymi przetworami. Stały na nim zakurzone słoiki z morelami i śliwkami w gęstym kolorowym syropie. Niczym spreparowane zwierzęce wnętrzności. Zrobię coś do picia, powiedział z wahaniem chrzestny, zapalił gaz i postawił na nim czajnik, przypalony do czarnej sadzy, wyjął metalową puszkę po cukierkach, w której trzymał herbatę. Okazała się pusta, widać faktycznie dawno nie ruszał się z domu, siedział teraz przed Chudym i obracał w dłoniach pusty pojemnik. Czajnik wciąż się nagrzewał, w powietrzu czuć było gorącą sadzę. Chrzestny zaczął mówić. Tracił wątek i przeskakiwał z tematu na temat, powtarzał plotki, irytował się, o nic nie pytał i nie mówił o sobie. Wyjaśniał tylko coś mętnie, nie swoimi słowami. Chudy obserwował go przez żółte i malinowe szkła słoików. Patrzył, jak twarz chrzestnego staje się czasem malinowa i pociągła, a czasem bursztynowa i płaska, i wspominał wczesne dzieciństwo, kiedy chrzestny odwiedzał ich w domu – stonowany, małomówny, w wojskowym mundurze. Mocno ściskał dłoń kuma, równie mocno chrześniaka, to jest Chudego, rzucał krótkie i nieuważne spojrzenie kobietom i odchodził do kuchni, gdzie siedzieli później ze starym do północy, omawiając światową politykę i upijając się niespiesznie. Chudy otrzymał przywilej siedzenia obok nich i słuchania, lecz nie wolno mu było im przeszkadzać. Kobiety miały prawo gotować. Chudy szanował chrzestnego, lubił jego twarde dłonie, lubił się z nim witać, wypytywać o żołnierską dolę, o pagony i mapy wojskowe. Nigdy nic od chrzestnego nie dostał, a przynajmniej nic podobnego nie mógł sobie przypomnieć, ale chrzestny-żołnierz sam w sobie stanowi prezent od losu, nie ma co narzekać. Często ich ze sobą porównywał – chrzestnego i starego – gdy przesiadywali w kuchni i smętnie psioczyli na klasę polityczną. Trzeba przyznać, że już w latach dziecięcych porównanie nie wypadało na korzyść starego. Chudy miał wątpliwości, czy tata w razie potrzeby zdoła ich wszystkich obronić. Od tego czasu minęła cała wieczność, życie dotkliwie poszarpało skórę ich obu, jak pies ulubionego pluszaka. Stary stracił żonę, czas i robotę, całymi dniami gnił w fotelu, jak stare drzewo, któremu co roku usychają kolejne gałęzie. Chrzestny też zmienił się w skapcaniałego emeryta, w rozciągniętych dresach i amerykańskim podkoszulku. A najgorsze, że stał się gadułą, mówił szybko i nieszczerze, jakby usprawiedliwiał się za coś, za co i tak nie mogło być przebaczenia. Ich jednostkę dawno przenieśli, miasto leżało teraz wprost pod letnim słońcem, zielone i bezbronne. Kiedy on umrze, myślał Chudy, będę musiał go pochować. Ubrać w paradny mundur, dogadać się z grabarzami. Mundur pewnie będzie za duży. A grabarze pijani.

Chrzestny o nic w końcu nie zapytał, a Chudemu nie chciało się zagajać. Nagle zaczął się spieszyć, wiercić na taborecie, obiecał, że zadzwoni. Chrzestny milczał, długo spoglądał w okno, zajrzałbyś do Zoi, powiedział wreszcie, źle z nią. Zajrzę, zapewnił go Chudy, jasne, że zajrzę, czemu miałbym nie zajrzeć. Faktycznie, przyszło mu na myśl, kiedy wracał przez to samo szkolne podwórko, dlaczego nie. Słońce potoczyło się w stronę nocy, kurz osiadał na jabłoniach i trawnikach, robiło się chłodniej i spokojniej. Na wschodzie zjawiły się chmury, leniwe i ciemne. Jak śnięte ryby w rzecznej wodzie. Ale nad miastem wciąż unosiły się promienie wieczornego słońca. Dobra, myślał Chudy, pójdę. Kto wie, kiedy Zoja postanowi umrzeć. Wyszedł na aleję, skręcił za pierwszym budynkiem, przebiegł przez puste podwórze, minął ciemnozielone kontenery z kolorowymi odpadkami, których od dawna nie wywożono, pstrokate huśtawki i górki na placu zabaw, bardzo rzetelnie zdewastowane, uprane ciuchy na sznurkach, bieliznę i koszule – pożółkłe, jakby zdjęte z nieboszczyków.

Ale Chudy biegał sobie, ile mu się podobało, biegał, nie widział niczego wokół siebie, dobrze rozkładał siły i liczył na zwycięstwo.

Zoja nie otwierała. Słyszał, jak podeszła do drzwi i przyglądała mu się przez wizjer. Spytała, kto tam. On wyjaśnił, a ona nie zrozumiała. Ale wpuściła. Stali w przedpokoju i patrzyli na siebie. Chudy odezwał się pierwszy, żeby ukryć zakłopotanie: przyszedł w odwiedziny, nie na długo, zaraz sobie pójdzie. Zoja słuchała uważnie, ale i tak nie poznawała. Prawdę mówiąc, Chudy też jej nie poznał – resztki rzadkiej siwizny na głowie, żółta, zmęczona twarz o głębokich ciemnych zmarszczkach, jak stara skórzana rękawiczka, zamglone spojrzenie, ciężki oddech, stary szlafrok, długie wyschnięte palce. W dodatku miała na stopach dwa różne kapcie! Chudy patrzył na jej powykręcane palce i wspominał, że w dzieciństwie zawsze przerażał go jej manicure – Zoja, ich wychowawczyni, malowała paznokcie na jaskrawe kolory, kiedy brała do rąk kawałek kredy, by zapisać dla nich, uczniów klas początkowych, jakieś słowo, klasa śledziła nie tyle słowo, co te krzykliwe paznokcie, czyniące ją jeszcze zimniejszą i okrutniejszą. Naprawdę taka była – zimna i okrutna. Ileż ona wypiła krwi dziecięcej! Ale Chudego akurat lubiła, mimo że uczył się źle, a sprawował jeszcze gorzej. Może dotarło do niej, że lepiej mieć go po swojej stronie, tego Chudego, co w razie potrzeby może przywrócić porządek i uratować proces nauczania. Silna i niezłomna, wciąż kłóciła się z dyrektorem, wciąż miała coś do udowodnienia, broniła przed nim „swoich”, choć sama gnębiła ich bezlitośnie. Żadnych ustępstw, żadnych żartów, żelazna czterdziestoletnia maszyna o czerwonych pazurach, którymi beznamiętnie unicestwiała bezradną kredę, odwrócona plecami do przerażonej dzieciarni. Trochę za stara, by czuć się szczęśliwa, nie dość zmęczona, by się z tym pogodzić. Później, już w starszych klasach, nieraz zatrzymywała Chudego na korytarzu i lodowatym głosem perorowała, jak ma żyć, o czym pamiętać. Nikogo innego nie posłuchałby, ale przed Zoją wstrzymywał bieg, wbijał wzrok w podłogę, zerkając na jej długie nogi, na których odznaczały się już grube ciemnosine żyły, słuchał i kiwał z przejęciem głową. Ostatnio jej nie widywał, słyszał tylko, że się zwolniła, że siedzi w domu, choruje. Na co dokładnie, tym Chudy się nie zainteresował, co za różnica – wszystkie choroby wcześniej czy później kończą się śmiercią. Ale nie przypuszczał, że jest aż tak źle. Nie chodziło o to, że Zoja się postarzała. Po prostu dożywała swoich dni, zresztą nie wiadomo po co. Posłuchała go chwilę, by następnie odwrócić się i podreptać do pokoju. Chudy ruszył za nią. Pokój przypominał akwarium wypełnione dawno niezmienianą wodą. Śmierdział lekarstwami i odzieżą, powietrze było żółtawe od ostatnich promieni słonecznych przeciskających się przez stare firanki. Ciężko dysząc, Zoja opadła na kanapę i poprosiła o wodę. Chudy wyszedł do kuchni, znalazł metalowy kubek, odkręcił kran. Woda w kranie też była żółtawa. Zawahał się na moment, zakręcił kurek i, starając się nie wzbudzać hałasu, wyszedł na schody, zszedł na dół, na ulicy długo uspokajał oddech, wystawiając twarz na wieczorny przeciąg, coraz silniejszy. Zmieniała się pogoda, nagle się ociepliło, wiatr rwał trawę w kierunku zachodnim. Będzie deszcz, pomyślał Chudy, wybiegł na aleję, przemknął przez jezdnię, zdziwił go brak pojazdów, minął artykuły mleczarskie, zatrzymał się przy kiosku, chciał kupić papierosy. Kiosk był nieczynny, okienko zaklejono od środka kartonem. Ten na przystanku powinien być otwarty, pomyślał Chudy i ruszył biegiem przez podwórka, biegł, czując, jak narasta w nim panika, jak serce wyrywa się z piersi i uciska gardło. Ciemności opadały coraz niżej, mimo wczesnego wieczoru, niebo na zachodzie pobłyskiwało czerwienią i błękitem, a tu, nad ich grajdołkiem, mrok się zatrzymał, obiecując zalać świat czarnym strumieniem, napełnić mułem i mokrym piaskiem. Aż dziw bierze, całe swoje życie, nie tak znowu długie, biegał, biegał na serio, zapisał się do sekcji biegowej, stary się wściekał, co to za sport? Biegałbyś z tyczką, czy chociaż z pałką sztafetową, albo skakał przez płotki. A tak? Co za frajda tak biegać w kółko? Ale Chudy biegał sobie, ile mu się podobało, biegał, nie widział niczego wokół siebie, dobrze rozkładał siły i liczył na zwycięstwo. Biegał za szkołą, biegał za instytutem. Rzucił to potem, wiadomo, nie można ciągle żyć w biegu, kiedyś trzeba się zatrzymać. A kiedy już się to zrobi, nie tak łatwo znów wystartować. Chudy stał pośrodku drogi ciągnącej się od podwórek do alei, nisko pochylony, z rękoma wspartymi na kolanach i starał się wyrównać oddech. Dobra, myślał, wrócę, rzucę palenie, wrócę na stadion. Trzydzieści lat, a duszę się jak ryba wyrzucona na brzeg. Wróci, zacznie od nowa.

Sasza! – Chudy usłyszał nagle, że ktoś go woła. Odwrócił się, za nim stała Anka, patrzyła na niego zaskoczona, nie spodziewała się. Dżinsy, kurteczka, włosy spięte w kucyk. W dłoniach ciężkie siatki z supermarketu. Co ty tu robisz? – zapytała. Chudy zdołał uspokoić oddech. Pomogę ci, powiedział, odbierając jej torby. Anka oddała je w milczeniu i poszła w stronę domu. Chudy ruszył za nią. Mieszkała w budynku obok, ale z tymi torbami nie szło się łatwo, a Anka z przodu prawie biegła, z niepokojem zerkając ku górze. Wbiegli do bramy, weszli po schodach. Anka próbowała wyjąć klucze, milczała, nawet na niego nie patrzyła. Kiedy weszła, skinęła mu: idź do kuchni, zaczekaj. Wszedł, postawił zakupy na podłodze. Cukier, sól, kasza. W razie czego wystarczy na dłużej, myślał. Można przeczekać, przesiedzieć, aż wszystko się skończy. O ile się skończy.

Pomyślał, że może powinien wrócić do domu. Albo zostać tutaj. Chociaż na tydzień.

Ostatni raz był tu rok temu, zeszłej wiosny. Nie mieszkali już razem, ale wcześniej rozmawiali przez telefon. Stanęło na tym, że Anka poprosiła go, by już nigdy więcej nie przychodził. Potem oddzwoniła i poprosiła, żeby przyszedł. Chudy nic nie rozumiał, ale przyszedł. Został na tydzień. Ale potem jednak poszedł. Lepiej było nie zostawać, wściekał się później na siebie, po co uchylać się przed nieuniknionym. Ciekawe, myślał teraz, spoglądając przez okno, za którym gęste i czarne powietrze pochłaniało resztki zachodnich płomieni, jak ona teraz żyje. I z kim? Raczej sama, skoro nie ma kto jej nosić siatek z supermarketu. Nie zmieniła się przez ten rok. W kuchni też bez zmian, ta sama wojskowa schludność, na stole sterylny porządek sali operacyjnej. Chudy przypomniał sobie własną kuchnię, pustą, rzężącą lodówkę, którą chciało się przytulić z litości. Pomyślał, że może powinien wrócić do domu. Albo zostać tutaj. Chociaż na tydzień.

Weszła i, wciąż nie patrząc na niego, zaczęła rozpakowywać torby. Zdążyła się przebrać, narzuciła na siebie domowy szlafrok. Kiedy mieszkali razem, zawsze snuła się w nim po domu. Często pod spodem nie miała nic. I często wybiegała tak na dwór ze śmieciami. Sąsiedzi wstrzymywali oddech, Chudy się wściekał. Ale teraz miała pod szlafrokiem ciemny golf uciskający jej gardło, niepozwalający oddychać ani płakać. W milczeniu wyciągała paczki z kaszą, makaron, krojony chleb, w milczeniu rzucała to na stół. Na Chudego nie zwracała uwagi. Za to on rzucił się na pomoc, chwycił pękaty worek cukru, zrobił to jednak niezgrabnie i pośpiesznie. Opakowanie wyleciało mu z rąk i rozerwało się z hukiem na kaflach podłogi – wyszorowanej jak naczynia na odświętne okazje. Cukier eksplodował głucho, zasypując wszystko dokoła słodkawym białym pyłem. Chudy zamarł, patrzył jak urzeczony i nie wiedział, co powiedzieć. Oniemiała Anka też patrzyła na białe kryształki pod nogami, a potem usiadła i ukryła twarz w dłoniach. Ciężko i gorzko zapłakała. Chudy zupełnie stracił rezon, pochylił się nad nią, ale ona gwałtownie odtrąciła jego dłoń, zanosząc się jeszcze głośniejszym płaczem, jakby jej faktycznie żal było tego cukru, jakby miał jej wystarczyć do końca życia. A Chudy tak bardzo chciał coś powiedzieć, uspokoić, podnieść na duchu, rzucić coś w stylu: płaczesz przez cukier?, nie masz większych problemów?, takiej to dobrze, nawet nie spytałaś, co u mnie, mnie w ogóle nikt o nic nie pyta, czy naprawdę nikogo to nie obchodzi, opowiem ci, chcesz?, opowiem ci, co u mnie, od razu się uspokoisz i zapomnisz o tym głupim cukrze, opowiem ci.

Nienawidzę, powtarzała przez łzy, nienawidzę, jak można z wami żyć, nikogo nie kochacie, nikogo nie dostrzegacie, wszystko wam jedno, co będzie, wszystko jedno, co było.

Ale to ona przemówiła. Nienawidzę, jak ja was wszystkich nienawidzę, nie chcę was widzieć, nie chcę was znać. Nienawidzę! Uspokój się, oszołomiony Chudy próbował ją uciszyć, nie płacz, wszystko będzie dobrze, zobaczysz, chodź, opowiem ci o sobie, przestań już. Ale ona wcale nie zamierzała go słuchać, przeciwnie, chciała, żeby słuchał on. Nienawidzę, powtarzała przez łzy, nienawidzę, jak można z wami żyć, nikogo nie kochacie, nikogo nie dostrzegacie, wszystko wam jedno, co będzie, wszystko jedno, co było. Przesiadujecie w tych swoich norach, wypełzacie tylko do sklepu, nikogo nie widzicie, gotowi pożerać się nawzajem. Chudy nie całkiem rozumiał, o czym mowa, i znów spróbował jej dotknąć, jak wtedy, przed rokiem, kiedy też coś wykrzykiwała, a on po prostu podszedł, dotknął jej i został na tydzień. Teraz znów musnął jej ramię. A ona podniosła głowę, zerwała się na równe nogi, otarła łzy i mokrą dłonią wskazała mu wyjście – won!, powiedziała. Idź i nigdy tu nie wracaj. Kiedy wychodził, cukier słodko chrzęścił pod jego nogami.

Wyszedł na ulicę, w ciemność, w objęcia ciężkiego powietrza. Zza jakiegoś rogu wyskoczył chłopak, ciągnąc za sobą przerażonego psa, sam był zresztą nie mniej przerażony. Stój, zatrzymał go Chudy. Wziął od niego papierosa i puścił wolno. Mały odchodził z ociąganiem; widać było, że przy Chudym on i pies nie czują już tak wielkiego strachu. Co dalej?, pytał sam siebie Chudy, jeszcze za wcześnie, by tam iść, zostać tu i czekać na deszczu – niezbyt mądrze. O czym ona mówiła? Kogo tak bardzo nienawidzi, kogo nie chce oglądać? Trzeba do niej zadzwonić, uspokoić, wrócić do niej. Wyjął komórkę, zobaczył nieodebrane połączenia, przypomniał sobie, że wyłączył dźwięk jeszcze rano, żeby nie denerwować starego. Dziewięć nieodebranych. Niezła determinacja. Dzwonił Mustafa, były chłopak Małej, a teraz jego, Chudego, kumpel. Chudy wybrał numer, wsłuchiwał się w sygnał, spoglądając na korony drzew rozchwianych jak wodorosty w bystrej wodzie. Cześć, Mustafa mówił głośno i wyraźnie, czekał na ten telefon, wiedział, co chce powiedzieć. Wpadniesz? Chcę pogadać. Zaraz będę, krótko odparł Chudy.

Do Mustafy było dziesięć minut biegu, za parkiem, na osiedlu domków jednorodzinnych. Chudy przebiegł podwórko, przeciął ulicę, nad którą kołysała się rozpaczliwie trakcja trolejbusowa, minął puste targowisko, w ostatniej czynnej budce spytał o fajki, ale nie było już nic, musiał pobiec dalej. Ulica była długa, wiatr wydmuchiwał czarną ziemię i włóczył ją po resztkach asfaltu. Chudy biegł, licząc złote okna w ciemnych oparach mazutu. Mustafa czekał przy bramie. Wprowadził Chudego na podwórze, popchnął w stronę wejścia. Ciasny ceglany budynek, na ścianach mieszkania kilimy i ikony. Mustafa aktywnie wierzył w Boga, do cerkwi chodził jak do pracy – regularnie. Liza, jego żona, zawsze milczała. Odzywała się tylko wtedy, kiedy ją o coś pytano. Ale o co można ją pytać, skoro ciągle milczy?

Chudy wszedł do pokoju. Na stole leżały świeże plony z ogródka, od razu widać, że to osiedle domków. Idziemy, powiedział Mustafa, zobaczysz chrześniaka. Weszli do pokoju obok. Chudy stał w milczeniu, przyzwyczajał oczy do ciemności. Sławko, jego chrześniak, spał już na metalowym łóżku, pod ciepłą kołdrą. Wisiał nad nim posępny kilim, niczym bandera pirackiej republiki. Obok na stoliku stała ikona świętego Mikołaja, niczym portret prezydenta na biurku gubernatora. Chudy klepnął Mustafę po plecach, dając mu do zrozumienia, że już zobaczył, że mogą już iść. Mustafa nie oponował, posadził Chudego przy stole. Może samogonu? Mam coś jeszcze do załatwienia, zawahał się Chudy, ale Mustafa nawet nie udawał, że go słucha. Rozlał bimber do pozłacanych, ozdobnych filiżanek, wypił, poczekał, aż dopije Chudy, chwycił ze stołu jabłko i wściekle zatopił w nim zęby, przeżuwał, wreszcie zaczął mówić. Cicho, jakby nie chciał, by ktokolwiek go usłyszał. Może nie chciał obudzić małego.

Zaczęło się, orzekł Mustafa i rzucił się na zewnątrz.

Niczego się nie boję, szeptał i groźnie wymachiwał nadgryzionym jabłkiem. Niczego. Tu się urodziłem. Tutaj umrę. Nie dam się zastraszyć. A straszyć mnie nie warto. Wiesz, co trzyma człowieka przy życiu? Jak to nie wiesz? Wiara. I wspólnota wiernych. Ty na przykład do cerkwi nie chodzisz. Dlatego się boisz, a ja chodzę i się nie boję. Boję się tylko o Sławka. Musi wyrosnąć, wyjść na ludzi. A poza tym – nie boję się, jasne? Chudy chciał go jakoś wesprzeć na duchu, wtrącić coś od siebie, pocieszyć, ale nagle zmienił zdanie. Niby co mogę mu powiedzieć, myślał, obserwując, jak Mustafa nerwowo zagląda do małego, jak nalewa ponownie, jak z przerażeniem wpatruje się w noc, gdzie wielkie cielsko mroku ocierało się o szyby, jak znów szepce z przejęciem o strachu i o cerkwi, o dzieciach i o polityce. I o śmierci, o śmierci, która nie pominie nikogo, wszystkim się od niej dostanie, po równo. I jakby na potwierdzenie jego słów powietrze za oknem eksplodowało, rozsypało się na tysiące drobnych odłamków mroku i zgiełku, runęło z góry na dach, rozrywając się w czarnym cebrze nocy. Zaczęło się, orzekł Mustafa i rzucił się na zewnątrz. Chudy też wstał, chwycił słoik i filiżankę. Wyszedł na werandę i zastygł obok Mustafy, o krok od strumieni deszczu zalewających wszystko wokół, wypełniających świat jak ogromną wannę, unoszących się coraz wyżej na jej chłodnych ściankach. Wiatr miotał się w tej wodzie niczym ryby, które złowiono w rzece i wpuszczono do wanny, żeby ich śmierć nie była tak szybka i tak bolesna. Jakby śmierć powolna przynosiła mniej bólu i była mniej śmiertelna. Mustafa spoglądał w noc i milczał, wyjął papierosy, poczęstował Chudego, palił, kierując dym w stronę ochrypłej wilgotnej ciemności. Jak się trzymasz? – zapytał wreszcie Chudego. Co zrobisz? Nie wiem, nie chciał odpowiadać Chudy. Zobaczymy. Zobaczymy, zgodził się Mustafa, odwrócił się i ociężale poszedł do środka. Kończ palić! – krzyknął do Chudego już z pokoju. Ale Chudy się nie śpieszył. Obserwował, jak woda wypełnia sobą niewidzialne domy i ogródki wokół niego, wszystkie aleje i miejskie pustkowia, wszystkie kopalnie i kombinaty, wszystkie cmentarze, na których powoli kończyły się wolne miejsca.

Gdy wrócił do środka, Mustafa już spał. Na siedząco, jak w poczekalni. Potem dokończymy, pomyślał Chudy, wyłączył światło, odnalazł w ciemnościach swoje krzesło i też zasnął. Deszcz padał ciężko i miarowo, taki deszcz najlepiej obserwować z dystansu, jak tresowaną bestię cyrkową – dziwić mu się i odczuwać lęk przed nim, tak naprawdę niczym nie ryzykując. Trzeba włączyć dźwięk w telefonie, przypomniał sobie Chudy. I zasnął.

I od razu się obudził. Zmrużył oczy i natychmiast je otworzył, tak mu się wydawało. Zrozumiał jednak, że zaspał. Wyjął telefon. Prawie piąta. Zły na samego siebie, wstał, znalazł na stole butelkę z wodą, pił długo i łapczywie. Mustafa spał, z głową odchyloną na bok. Chudy zajrzał do małego. Sławko też spał, wtulony ufnie w ciepłą kołdrę. Święty Mikołaj czuwał nad wszystkim. Chudy cicho przeszedł przez pokój, ostrożnie zamknął za sobą drzwi. Na schodach zderzył się z Lizą. Krzyknęła przerażona, ale uspokoiła się, kiedy go rozpoznała. Idziesz już? – zapytała. Zrobić ci coś do jedzenia? Spóźnię się, wyjaśnił Chudy. Tylko go nie słuchaj. Liza skinęła w stronę domu, najwyraźniej mając na myśli Mustafę. Usiłuje przekonać samego siebie. Wyjeżdżamy stąd, wszyscy razem. Jak to wyjeżdżacie? – zdziwił się Chudy. A tak to, potwierdziła Liza, wymawiając dobitnie każde słowo zimnymi wargami. Jutro. Kupił już nawet bilety. Mówi, że to dla Sławka, że sam by nie jechał. Kłamstwo. Znasz go przecież. Znam, znam, przytaknął Chudy. Nieporadnie przytulił Lizę, na schodach wyjął rozmiękłe od wilgoci papierosy, wybiegł na dwór. Sławko był cichy i posłuszny. Żył własnymi zajęciami: książki, zabawki, stary telefon. Zawsze na wszystko się zgadzał, wszystko go cieszyło. Cieszył się, kiedy Chudy przychodził, cieszył się, kiedy Chudy wychodził. Chudy miał wrażenie, że mały jest bardzo spostrzegawczy i dużo rozumie. Tylko nie może nic powiedzieć. Bo nie mówi od urodzenia.

Przede wszystkim – dobiec, myślał, przede wszystkim – zdążyć. Jak wrócę, zapłacę, jak wrócę, uporam się ze wszystkim, każdemu pomogę, o nikim nie zapomnę.

Trzeba było zostawić te rachunki w domu, gorączkowo rozpamiętywał Chudy, przebiegając przez gęstą i wilgotną mgłę. Gdzieś w górze pobłyskiwało powietrze, mogło się zdawać, że już rano, że noc minęła i minął deszcz, mgła jednak spowijała wszystko tak gęsto, tak ciężko, tak łatwo było zagubić się w niej, że Chudy stracił już wszelką nadzieję, że dobiegnie gdziekolwiek. A przecież jeszcze biegł, biegł dalej, spóźniony, wpadał w kałuże lodowatej wody podejrzanego koloru. Trasa jego biegu kończyła się niemal na drugim końcu miasta, bo miejsce zbiórki wyznaczono na tyłach dworca autobusowego. Chudy skoncentrował się i pobiegł jeszcze szybciej, usiłując nie zgubić drogi. Przede wszystkim – dobiec, myślał, przede wszystkim – zdążyć. Jak wrócę, zapłacę, jak wrócę, uporam się ze wszystkim, każdemu pomogę, o nikim nie zapomnę. Pomogę staremu, pomogę chrzestnemu, pochowam Zoję, wrócę do Anki, kupię chrześniakowi nowy telefon. Całe życie w biegu, całe życie próbuję coś dogonić w tym mieście, pustym jak puszka po konserwach, z którego wszyscy chcą uciec. Wrócę i wszystkim pomogę, wrócę i wszystko poukładam. Biegł, czuł, jak jego adidasy robią się ciężkie od wody, jak jego wyjściowa koszula nasiąka potem i wilgocią, jak mgła zatyka mu płuca. Wybiegł na skrzyżowanie, przemknął na niewidocznym w tej mgle czerwonym świetle, omal nie wpadł pod koła jakiejś taksówki, dobiegł do placu dworcowego, ostatkiem sił zwiększył tempo, obiegł betonowe pudło dworca, ciężko dysząc i ledwie utrzymując w piersiach serce. We mgle stało kilka autobusów. Wokół krzątali się jacyś mężczyźni, ktoś stał i wydawał rozkazy, ktoś dopalał papierosa, zanim wsiądzie. Zdążyłem, ucieszył się Chudy i ruszył w stronę głosów. Podszedł, rozpoznał kogoś ze swoich, poprosił o papierosa, znalazł dowódcę. Dowódca wściekał się, ale sprawdził na liście, znalazł Chudego, odhaczył, kazał wsiadać. A broń dacie? – zapytał Chudy. Jaką znowu broń? – skrzywił się dowódca. Nie gadać, zajmować miejsca. Chudy wszedł z ociąganiem, powoli zaganiali całą resztę. Wielu mężczyzn było już w starszym wieku, ubrani ubogo, niemrawi, wyrwani ze snu. Chudy w swojej białej koszuli, co prawda przemoczonej, wyglądał jak świadek na weselu. Ktoś trzymał torby z jedzeniem. Czyjeś kieszenie wypchane były papierosami. Alkoholu nie miał nikt. Broni też. Jakiś student wyjął z reklamówki nowy sztandar, chciał go rozwinąć, ale zrozumiał, że flaga będzie tu pasować jak pięść do nosa. Zmiął ją szybko i schował z powrotem. Panowała pełna napięcia cisza, niektórzy próbowali zachować beznamiętne i zdecydowane spojrzenia, ale w tym rozklekotanym autobusie, w tej gęstej mgle wychodziło im to słabo. Wsiadł dowódca, nawet na nich nie spojrzał i wydał rozkaz kierowcy. Autobus ruszył. Za nim pozostałe. Chudy wyjął telefon, włączył dźwięk. Chciał do kogoś zadzwonić. Zrozumiał, że nie ma do kogo.

 

© Copyright for the Polish translation by Marcin Gaczkowski
Redakcja tekstu Justyna Wodzisławska
Pierwotna wersja tłumaczenia powstała w ramach projektu Miesiąc Spotkań Autorskich w lipcu 2015 r.
Fot. Komorowski Foto
Fot. Komorowski Foto

Бігти, не зупиняючись

<

«Худий, – говорив він собі, – Худий, ну, ти даєш! Як ти їм, цікаво, збираєшся це сказати?» Вирішив узагалі не говорити. Посидів зі старим, подивився новини. Телевізор у них давній, кольори не те щоби зникли, але виблякли. Ведучі схожі на несвіжу рибу – темно-сірі, з поганим запахом. Покрутився кімнатою, вийшов на кухню. На кухні все як завжди – щось загубиш, щось знайдеш. Кружки, з коричневими від чаю піднебіннями, склянки з недопитим соком, ніби хтось зціджував до них липку й повільну кров. В’яла зелень, затуплені ножі. Приліплені до холодильника фотографії – їхня родина, ще всі вчотирьох, старий дивиться напружено, мама посміхається, Худий відвернувся, мала вся якась заплакана, ніби вже тоді щось знала. Стоять під деревами, в парку, вибралися всі разом. Поруч приліплено грамоти Худого за участь у змаганнях. Їх саме за участь йому, зазвичай, і видавали. Наче це велика радість для організаторів – участь Худого. Відчинив холодильник – каструля з рештками чогось слизького й вологого. Ніхто нічого не готує, тож ніхто нічого й не їсть. Іноді він думав, що холодильник вони не викинули досі лише тому, що старому треба десь тримати свої ліки. Повернувся до кімнати, вийшов на балкон, покурив із малою. Сонце стояло за парком, тихим по обіді, небо було загрозливо прозорим, жодного протягу, жодного вітру, ніби місто потрапило до ями, і закінчитись усе має тим, що всі тут помруть від спраги та посухи. Мала прибирала з очей золоте волосся, пальці її дрібно тремтіли. Три роки минуло, а далі не може заспокоїтись, вибігає на балкон, ковтає дим ніжним горлом, з ненавистю дивиться кудись за парк, на пагорби, як тоді, три роки тому, коли повідомили, що її Капітана привалило плитою, прямо тут, на сусідній вулиці, на подвір’ї бази. Худий ходив його забирати, добре все бачив – чорна, як у священика, сорочка, розбиті, мов у танцюриста, черевики, продавлена грудина, кров у кутику уст, схожа на соснову смолу. Чоловік по смерті має виглядати пристойно, одним словом. Мала й до того палила, а поховавши Капітана, перейшла на сигарети Худого – міцні й недорогі, від яких у неї темнішали нігті. Обідати будеш? – мала запитувала, ніби заперечувала, тож він і не став відповідати. Лишив пів пачки своїх, сказав, що передзвонить. Краще вже на вулиці пересидіти, ніж із ними, подумав. Покопався в шафі, з чистого одягу знайшов лише сорочку від вихідного костюму й темні джинси. В коридорі взув кросівки. Дістав рюкзак, що відгонив димом, ще з весни, з останньої вилазки. Місяць тому, згадав він, так – місяць тому. Ніби в минулому житті. Ще раз принюхався до темних нутрощів рюкзака, закинув його назад, під вішак із одягом. Вирішив не брати нічого. Й нікому нічого не пояснювати. Паспорт теж вирішив залишити. Пройшовся кишенями, знайшов квитанції, здається, за світло. Спочатку хотів покласти разом із паспортом – самі заплатять, потім подумав – з чого вони платитимуть, забіжу, все одно по дорозі. Ключі поклав коло дзеркала, причинив за собою двері. Довго чекав на ліфт, не дочекався, збіг сходами, різко прочинив двері, опинився на вулиці, сліпнучи від м’якого, як теплий пластилін, червневого світла. Хотів закурити, знову поліз по кишенях, згадав, що віддав сигарети малій. Як завжди, – подумав, – все найсмачніше – молодшій сестрі.

Із малою в них були рівні холодні стосунки. В дитинстві батьки спокійно лишали її на Худого – він дивився, аби вона не вибігала з дому, а вдома не чіпала пса. Коли підросла, заступався за неї, патрулював, якщо затримувалася в школі чи басейні. З ним намагалися не зв’язуватись – Худий уже в десятому класі мав зігнутий на бік ніс, розсічену в кількох місцях брову, різані пляшковим склом долоні – схожий був на циркового гімнаста, чия ймовірна кар’єра безпосередньо залежала від кількості отриманих травм і здатності організму до них адаптовуватись. Після смерті Капітана мала майже ні з ким не розмовляла, з Худим так само, тож і він її не чіпав. В їхній родині взагалі ніхто нікого не чіпав: Худий зранку біг на роботу, мала працювала через добу, старий дивився новини. Мами й пса більше не було.

Щось обов’язково мало статись, і незрозуміло було, що з цим робити. Тож ніхто нічого й не робив, кожен лише дивився недовірливо на перехожих, переводячи погляд вгору, туди, де акумулювалась повітряна електрика.

Пошта виявилась зачиненою, хоча до закриття лишалась година. Худий походив, позазирав у вікна – порожньо й тихо. За спиною хтось проїхав велосипедом. Худий різко озирнувся – жінка з порожнім бідоном, що стукався об кермо, ніби рейка на недобудованій церкві, поспішила відвести від нього погляд. В місті останнім часом всі виглядали налякано, відводили очі, якщо дивились – то з підозрою. Всі ніби на щось очікували, знаючи, що тиша й спокій, які несподівано накрили місто останніми днями – ненадовго. Небо лише на перший погляд було прозорим і високим, десь там понад самим обрієм щось постійно рухалось, щось відбувалось, якісь повітряні потоки зрушували з місця й витягувалися в бік долини, наближалися, напливали. Щось обов’язково мало статись, і незрозуміло було, що з цим робити. Тож ніхто нічого й не робив, кожен лише дивився недовірливо на перехожих, переводячи погляд вгору, туди, де акумулювалась повітряна електрика. Худий любив саме цю пору – влітку місто виглядало не так печально, зелень м’яко ховала старі стіни будинків і криваво-іржаву арматуру колишніх цехів. Було багато пилу, було багато шовковиці. Коли береш яблука з землі, на зубах весело потріскує пісок і довкола пахне річковою водою. Цього року все було інакше, зелень теж викликала підозру: хто там у ній ховається, що там можна знайти.

Худий дістав телефон, подивився час. Йому сказали з’явитися поночі, чим пізніше – тим краще, щоби зайвий раз не світитись. Потоптався вулицями, повернувся до свого будинку. Будинок був високий і випалений сонцем, ніби вітрило. Сестра далі стояла на балконі, курила, підставляючись сонцю. Повернусь – вона навіть не помітить, – подумав. Не повернусь – так само.

Вирішив забігти до хрещеного. Обійшов будинок, звернув на добре протоптану стежку. Чорний твердий ґрунт старанно був усіяний пивними корками та коштовним пляшковим склом. Крізь діру в паркані потрапив на шкільне подвір’я, перейшов футбольним полем. Ніхто вже давно не грав, хоча трава все одно не пробивалась крізь намертво витоптану землю. Школа з травня стояла порожньою. Пройшов шкільним садом, пригинаючи голову під важкими яблуневими гілками. Забіг у під’їзд. Все чекав когось зустріти, просто щоби привітатися. З хрещеним привітаюсь, – подумав, підіймаючись сходами.

Хрещений відчинив відразу, ніби чекав на нього під дверима. Насторожено визирнув на сходи – чи нікого немає. Довго крутив ключами, зачиняючи оббиті фанерою двері на два замки. Провів Худого на кухню, навіть не питаючи, за чим той прийшов. Худий помітив, що він сильно здав, ще більш посивів, червоні очі, ніби довго плакав або не спав, нервово бігають кімнатою, схоже давно ні з ким не говорив, не зрозуміло коли взагалі виходив із квартири. Стіл на кухні заставлений минулорічною консервацією – запилені банки з абрикосами й сливами, що плавали в густому кольоровому сиропі, як вийняті з тварин нутрощі. Зроблю чай, сказав Хрещений невпевнено, запалив вогонь, поставив на нього пропалений до чорної сажі чайник, дістав металеву бляшанку з-під цукерок, у якій тримав заварку. Банка виявилась порожньою, мабуть він і справді давно не виходив із дому, сидів перед Худим, крутив у руках порожню банку, а чайник усе нагрівався й повітря пахло гарячою сажею. Почав говорити, збиваючись і перестрибуючи, переказував плітки, злився, ні про що не питав, і про себе теж нічого не розповідав. Лише плутано щось пояснював, говорив чужими словами. Худий розглядав його крізь жовте й малинове скло банок, дивився як обличчя хрещеного стає то малиново-витягнутим, а то бурштиново-приплюснутим, і згадував, як у ранньому-ранньому дитинстві хрещений приходив до них додому – підтягнутий і небагатослівний, в армійській формі. Міцно тиснув руку своєму куму, так само міцно – хрещенику, себто Худому, кидав швидкий неуважний погляд на жінок і йшов на кухню, де вони до півночі сиділи зі старим, говорячи про міжнародну політику та поволі п’яніючи. Худому дозволялося сидіти поруч із ними, слухати, але не заважати. Жінкам дозволялося готувати їм їжу. Худий поважав хрещеного, любив його тверді долоні, любив вітатися з ним, розпитувати про солдатський побут, про погони та військові карти. Хрещений ніколи йому нічого не дарував, принаймні, Худий нічого такого не пам’ятає, але хрещений-військовий сам по собі подарунок долі, на що тут нарікати. Худий часто їх порівнював – хрещеного й старого, коли вони сиділи на кухні й похмуро лаяли керівництво. Порівняння було не на користь старого, слід сказати – навіть у ранньому дитинстві Худий не був упевнений, що його тато зможе в разі потреби всіх їх захистити. А ось минула ціла вічність, і життя міцно їх обох потріпало, ніби пес улюблені іграшки. І старий, втративши дружину, час і роботу, стримів постійно в кріслі, ніби старе дерево, якому щороку відсихають нові й нові гілки. І хрещений теж перетворився на засмиканого пенсіонера – в древніх спортивках, в американській майці. Найгірше ж – став багатослівним, говорив швидко та непереконливо, ніби виправдовувався за щось таке, чому все одно не могло бути виправдання. Частину їхню давно вивели, місто лежало тепер під літнім сонцем зелене та беззахисне. Коли він помре, подумав Худий, мені доведеться його ховати. Одягати на нього парадну форму, домовлятися з гробарями. Форма, мабуть, буде на нього завеликою. А гробарі, очевидно, будуть нетверезими.

Хрещений так ні про що й не запитав. А самому починати не хотілося. Худий запоспішав, закрутився на стільці, пообіцяв передзвонити. Хрещений мовчав, довго дивився за вікно, потому сказав – ти б зайшов до Зої, щось їй зовсім погано. Зайду, пообіцяв Худий, звісно зайду, чому б не зайти. І справді, подумав він, уже повертаючись шкільним подвір’ям, – чому б не зайти. Сонце відкотилося в напрямку ночі, пил осідав на яблуні й траву, ставало прохолодніше й неспокійніше. На Сході таки з’явилися хмари – повільні й темні. Як глушена риба в річковій воді. Хоча над містом ще стояло вечірнє сонячне проміння. Добре, подумав Худий, зайду. Хто її знає, коли вона надумає померти. Вийшов на проспект, завернув за першим будинком, пробіг порожнім подвір’ям – темно-зелені баки з кольоровим сміттям, яке давно не вивозили, яскраві гойдалки й гірки на дитячому майданчику, старанно понівечені, розвішаний на шворках випраний одяг, майки й сорочки – жовті, мовби зняті з покійника.

Але Худий біг собі, скільки було потрібно, біг, не бачачи нічого довкола, розраховуючи сили й сподіваючись на перемогу.

Зоя не відчиняла, чутно було як підійшла до дверей і довго його розглядає. Запитала, хто він, Худий пояснив, Зоя не зрозуміла. Але впустила. Стояли в коридорі, дивились одне на одного – Худий заговорив першим, аби не виглядати таким збентеженим, мовляв, зайшов провідати, ненадовго, зараз піду. Зоя слухала уважно, але все одно не пізнавала. Худий її теж не пізнавав, чесно кажучи – залишки рідкого сивого волосся на голові, жовте вимучене лице, з глибокими темними зморшками, ніби стара шкіряна рукавичка, вологий погляд, важке дихання, старий халат, довгі висохлі пальці. До того ж вона була в різних капцях! Худий дивився на її покручені пальці й згадував, що в дитинстві його завжди лякав її манікюр – Зоя, їхня класна, нігті завжди малювала в яскраві кольори, і коли брала до рук грудку крейди, аби записати для них – учнів молодших класів, якесь слово, всі слідкували не так за словом, як за її яскравими нігтями, що робили її ще більш холодною та жорсткою. Вона справді такою й була – холодною та жорсткою. Скільки крові дитячої попила, страшно подумати. А ось Худого чомусь любила, хоча навчався він погано, а поводився ще гірше. Можливо розуміла, що краще мати союзником саме його, Худого, який у разі чого зможе навести порядок і організувати навчальний процес. Сильна й незламна, постійно сварилась із директором, щось доводила, захищала своїх, яких перед цим безжалісно опускала. Жодної поступки, жодних жартів – залізна сорокарічна машина з червоними нігтями, якими безжально кришила безпомічну крейду, повернувшись спиною до переляканих дітей. Дещо застара, аби почуватися щасливою, недостатньо втомлена, аби з цим погодитись. Потім, уже в старших класах, час від часу зупиняла Худого в шкільних коридорах і крижаним голосом пояснювала, як саме тому слід жити й про що саме варто подумати. Когось іншого він би й слухати не став, а ось перед Зоєю зупинявся, дивився в підлогу, кидав погляди на її довгі ноги, на яких уже проступали важкі темно-сині вени, слухав, енергійно кивав. Останні роки її не бачив, чув лише, що звільнилась, сидить удома, хворіє. Чим саме хворіє, Худий не цікавився, яка різниця чим – всі хвороби рано чи пізно закінчуються смертю. Але не знав, що все аж так погано – Зоя навіть не постаріла, Зоя просто доживала. Причому, незрозуміло було, для чого. Зоя слухала, потім повернулася, побрела в кімнату, Худий рушив за нею. Кімната нагадувала акваріум, в якому давно не міняли воду. Пахло ліками, одягом, повітря було жовтуватим від останніх сонячних променів, що пробивались крізь старі штори. Зоя впала на диван, важко дихала, попросила води. Худий вийшов на кухню, знайшов металеву кружку, відкрутив кран. Вода в крані теж була жовтою. Постояв, закрутив кран, тихо, намагаючись не шуміти, вийшов на сходи, спустився вниз, на вулиці довго переводив подих, підставляючи обличчя вечірньому протягу, що ставав усе відчутнішим. Погода мінялась, раптом стало темно, вітер рвав траву в західному напрямку. Дощ почнеться, подумав Худий, вибіг на проспект, перескочив через дорогу, дивуючись відсутності будь-якого транспорту, пробіг повз молочний, зупинився коло кіоску, хотів купити сигарети. Кіоск не працював, віконце зсередини було заліплене картоном. На зупинці має працювати, вирішив Худий, звернув дворами, аби зрізати, біг, відчуваючи, як накочується паніка, як стискає горло й починає розриватися серце. Темрява опускалася все нижче, хоча вечір був ранній, і на Заході небо відсвічувало червоним і синім, а тут, над їхньою ямою, зупинилася темрява, обіцяючи залити все чорними потоками, наповнити все мулом і мокрим піском. Дивно – все своє, не таке вже й довге життя, він бігав, по-справжньому бігав – ходив на секцію, старий ще сварився: що це за спорт такий? Бігай із жердиною хоча б, або з естафетною паличкою, або стрибай через бар’єри. Що за радість – бігати по колу? Але Худий біг собі, скільки було потрібно, біг, не бачачи нічого довкола, розраховуючи сили й сподіваючись на перемогу. Бігав за школу, бігав за інститут. Потім, звісно, кинув – не все ж життя бігати, слід колись і зупинитися. А ось, виявилося, що коли зупинишся, знову побігти не так просто – Худий стояв просто посеред дороги, що тяглася від дворів до проспекту, важко схилившись, упершись руками в коліна й відновлюючи дихання. Все, думав, повернусь – кину курити, піду знову на стадіон. Тридцять років, задихаюся, як риба на піску. Повернусь – почне все спочатку.

Саша, – раптом покликали його. Худий озирнувся – позаду стояла Анька, дивилась на нього здивовано, не чекала його тут побачити. Джинси, вітрівка, волосся, зібране у хвіст. В руках важкі пакети з супермаркету. Що ти тут робиш? – запитала. Худий перевів подих, заспокоюючись. Давай допоможу, – сказав, забираючи пакети. Анька мовчки передала йому пакети, розвернулася, пішла додому. Худий рушив слідом. Жила вона в сусідньому будинку, зовсім поруч, хоча з цими пакетами йти не так і просто, до того ж Анька попереду майже бігла, боязко дивлячись угору. Забігли до під’їзду, піднялися сходами. Анька намагалася підібрати ключі, мовчала, навіть не дивилась на нього. Зайшовши, кивнула йому головою – іди на кухню, почекай. Худий зайшов, поставив пакети на підлогу. Цукор, сіль, крупа. В разі чого, вистачить надовго, подумав. Можна пересидіти, перечекати, доки все закінчиться. Якщо закінчиться.

…подумав, що може варто повернутися додому. Або залишитися тут. Хоча б на тиждень.

Востаннє він був тут рік тому, минулої весни. Вони вже не жили разом, але напередодні зідзвонювались, закінчилось тим, що Анька просила його більше ніколи не приходити. Потім сама передзвонила, попросила зайти. Худий нічого не зрозумів, але зайшов. Залишився на тиждень. Але потім усе одно пішов. Краще було не лишатись, злився потім на себе, навіщо уникати того, чого все одно не уникнеш. Цікаво, думав він тепер, дивлячись за вікно, де чорним густим повітрям затягувало рештки західних вогнів – як вона тепер живе? І з ким? Мабуть сама, раз нікому тягати пакети з супермаркету. За рік вона не змінилась. І на кухні в неї нічого не змінилось – та сама армійська прибраність, крижаний порядок операційної на обідньому столі. Худий згадав свою кухню, хрипкий порожній холодильник, який хотілося обійняти й пожаліти, й подумав, що може варто повернутися додому. Або залишитися тут. Хоча б на тиждень.

Вона зайшла, й не дивлячись на нього, почала викладати речі з пакетів. Встигла переодягнутись, накинула на себе домашній халат. Коли вони жили разом, вона завжди в ньому тягалася домом. Іноді нічого під нього не одягаючи. Іноді так вибігала надвір, виносила сміття. Сусіди німіли, Худий нервував. Але тепер у неї під халатом була темна водолазка, що аж стискала їй горло, не даючи дихати й плакати. Мовчки видобувала пачки з крупами, макарони, різаний хліб, мовчки кидала це на стіл. Навіть не дивлячись на Худого. Худий натомість кинувся їй допомагати, перехопив туго напхану пачку цукру, але незграбно й похапцем, аж не втримав, і пачка випала йому з рук, лунко розірвавшись на кахляній підлозі – начищеній, ніби посуд, яким користуються хіба що на свята. Цукор глухо вибухнув, засипаючи все довкола білим солодким пилом. Худий завмер, заворожено дивлячись і не знаючи, що сказати. Й Анька теж затихло дивилась на білі кристали під своїми ногами, а потому присіла й увіткнулася обличчям у долоні, тяжко й гірко ридаючи. Худий розгубився, схилився над нею, спробував торкнутись її плеча, проте вона скинула його долоню різким нервовим рухом, ридаючи ще гірше, так мовби їй справді було шкода цього цукру, якого мало стати до кінця її днів. І він уже хотів було сказати їй щось, заспокоїти, підтримати, мовляв, ну що ти плачеш через якийсь цукор, мені б твої проблеми, ти ж не знаєш, що в мене, ти ж мене навіть ні про що не запитала, мене взагалі ніхто ні про що не питає, так наче до мене нікому немає діла, тож давай я тобі розповім, давай розповім, що в мене, і ти відразу заспокоїшся, і забудеш про цей нікому не потрібний цукор, давай, давай.

Ненавиджу, повторювала крізь сльози, ненавиджу, як із вами разом можна жити, ви ж нікого не любите, нікого не бачите, вам же все одно, що буде, все одно, що було.

Але вона заговорила першою. Ненавиджу, сказала, ненавиджу всіх вас, бачити всіх вас не хочу, знати не бажаю. Ненавиджу! Заспокойся, розгублено спробував зупинити її Худий, не плач, все буде добре, ось побачиш, давай я тобі про себе розповім, давай. Але вона не те, щоби не хотіла його слухати, вона навпаки – слухати його зовсім не хотіла, вона хотіла, щоби слухав він. Ненавиджу, повторювала крізь сльози, ненавиджу, як із вами разом можна жити, ви ж нікого не любите, нікого не бачите, вам же все одно, що буде, все одно, що було. Сидите по своїх норах, вибираєтесь тільки в магазини, не бачите нічого, готові зжерти одне одного. Худий не зовсім розумів, про що вона говорить, і спробував знову її торкнутись, як тоді – рік тому, коли вона ось так само щось кричала, а він просто підійшов і торкнувся її, і залишився після цього на тиждень. І він знову торкнувся її плеча. Але вона враз підняла голову, стала на ноги, витерла сльози й мокрою долонею показала йому на двері – іди геть, сказала. Іди геть і ніколи сюди не приходь. Коли він виходив, цукор солодко потріскував у нього під ногами.

Вийшов на вулицю, просто в темряву, під важке повітря. Тут звідкись із-за рогу вискочив пацан, тягнучи за собою наляканого пса, сам теж наляканий не менше за нього. Стояти, зупинив його Худий. Стрельнув закурити, відпустив. Малий відійшов неохоче – помітно було, що поруч із Худим, вони, разом із псом, не так бояться. Що далі, вирішував Худий – іти ще рано, стояти тут, чекати на дощ – нерозумно. Про що вона говорила? Кого вона ненавидить, кого не хоче бачити? Треба їй передзвонити, заспокоїти, повернутись до неї. Худий дістав побілку, побачив пропущені, згадав, що звук ще з обіду вимкнув, аби старого не нервувати. Дев’ять пропущених. Наполегливо. Телефонував Мустафа, колишній хлопець малої, тепер ось його, Худого, кум. Худий набрав, слухав гудки, позираючи на верхівки дерев, якими мотало, як водоростями в швидкій воді. Привіт, – Мустафа говорив чітко, чекав на його дзвінок, знав, що говорити. – Зайдеш? Є розмова. Зараз буду, – коротко відповів Худий.

До Мустафи бігти хвилин десять, це за парком, у приватному секторі. Худий перебіг двором, перетнув вулицю, над якою розпачливо розгойдувались тролейбусні дроти, минув порожній базар, в останньому живому запитав сигарети, там уже нічого не було, довелось бігти далі. Вулиця була довга, вітер здіймав чорну землю й волочив їй рештками асфальту, Худий біг, рахуючи золоті вікна в мазутній темряві. Мустафа чекав коло воріт. Провів на подвір’я, підштовхнув до дверей. Тісний цегляний будинок, стіни в килимах та іконах – Мустафа активно вірив у Бога, до церкви ходив, як на роботу – регулярно. Ліза, його дружина, лише мовчала. Загалом говорила, лише коли спитають. Але про що її питати, якщо вона весь час мовчить.

Худий зайшов до кімнати. Стіл завалений був свіжою теплою городиною, відразу видно – приватний сектор. Пішли, – сказав Мустафа, – подивишся на хрещеника. Зайшли до сусідньої кімнати. Худий стояв і мовчав, очі звикали до темряви. Славка, його хрещеник, уже спав, на металевому ліжку, накритий теплою ковдрою. На ним висів темний важкий килим, схожий на прапор якоїсь піратської республіки. На столику при ліжку стояла ікона Святого Миколая, наче портрет президента на робочому столі в губернатора. Худий плеснув Мустафу по спині, мовляв, побачив, пішли. Мустафа не заперечував – посадив Худого за стіл, самогон будеш? – запитав. Ще справи сьогодні, завагався Худий, але Мустафа навіть слухати не став. Розлив самогон в золочені й візерунчасті чайні чашки, випив сам, почекав, доки вип’є Худий, схопив зі столу яблуко, люто в нього вгризся, прожував, заговорив. Говорив тихо, так, ніби хотів, щоби ніхто його не почув. Можливо не хотів розбудити малого.

Почалось, мовив Мустафа й кинувся надвір.

Я нічого не боюся, шепотів, загрозливо махаючи надкушеним яблуком. Нічого. Я тут народився. Тут помру. Мені тут нічого не страшно. І нічого мене лякати. Знаєш, що тримає людину? Як це – не знаєш? Віра. І церква. Ось ти не ходиш до церкви й тому боїшся, а я ходжу – й не боюся. Єдине, за що боюсь – за Славку. Йому рости, йому ставати людиною. А так – не боюсь, розумієш? Худий хотів його підтримати, хотів додати щось від себе, хотів у чомусь запевнити, але раптом передумав. Що я йому скажу, думав, дивлячись, як Мустафа нервово зазирає до малого, як знову розливає, як нажахано виглядає в ніч, де темрява терлась об вікна важкими боками, як потому знову починає безстрашно шепотіти про страх і церкву, про дітей і політику, і про смерть, про смерть, про смерть, яка нікого не омине, всім дістанеться, між усіма розділиться. І мовби в підтвердження його слів за вікном вибухнуло повітря, осипаючись згори тисячею дрібних шматків темряви й шуму, обвалилося на дах, розірвалося в чорному вариві. Почалось, мовив Мустафа й кинувся надвір. Худий теж підвівся, прихопив банку з чашками й пішов слідом. Вийшов на веранду, завмер поруч із Мустафою, за крок від дощових потоків, що заливали все довкола, заповнювали собою світ, ніби простору ванну, все вище підіймаючись її прохолодними стінками. І вітри бовтались у цій воді, наче піймана риба, котру принесли з ріки й випустили до ванни, щоби смерть риби була не такою швидкою та болючою. Так ніби повільна смерть є менш болючою, менш смертельною. Мустафа дивився в ніч і мовчав, дістав сигарети, поділився з Худим, палив, випускаючи дим у хрипучу вологу ночі. Ти як? – запитав нарешті Худого. – Що робити будеш? Не знаю, – не захотів відповідати Худий, – видно буде. Видно буде, – погодився з ним Мустафа, обернувся й важко ступив до будинку. Давай, докурюй, – крикнув Худому вже з кімнати. Худий натомість не поспішав. Спостерігав, як вода наповнює собою весь цей невидимий приватний сектор, всі проспекти й пустирі міста, всі шахти й комбінати, всі цвинтарі, на яких лишається ще так багато вільного місця.

Коли зайшов назад, Мустафа вже спав. Сидячи, як у залі очікування. Потім договоримо, подумав Худий, вимкнув світло, знайшов у темряві свій стілець і теж заснув. Дощ падав рівно й важко, за таким дощем добре спостерігати на відстані, мов за великою навченою твариною в цирку – дивуватись і лякатись, нічим насправді не ризикуючи. Потрібно ввімкнути звук на телефоні, згадав Худий. І відразу заснув.

Прокинувся відразу ж. Ось щойно заплющив очі й відразу ж їх розплющив, так йому здавалося. Хоча відразу зрозумів, що вже проспав. Дістав телефон. Майже п’ята. Підхопився, злостячись на себе самого, знайшов на столі пляшку з водою, довго й жадібно пив. Мустафа спав, схиливши голову на бік. Худий зазирнув до малого. Славка спав, довірливо кутаючись у гарячу ковдру. Святий Миколай усе контролював. Худий тихо пройшов кімнатою, обережно причинив за собою двері. На сходах зіткнувся з Лізою. Та злякано скрикнула, але пізнавши Худого, заспокоїлась. Ідеш уже? – спиталась. – Може тебе погодувати? Запізнююсь, – пояснив Худий. Ти головне його не слухай, – кивнула Ліза в бік дому, маючи на увазі, мабуть, Мустафу. – Це він сам себе переконує. Насправді їдемо ми звідси, всі разом. Як їдете? – здивувався Худий. Так, – підтвердила Ліза, чітко вимовляючи слова холодними губами, – завтра. Він уже й квитки взяв. Говорить, що це заради Славки, що сам би він не поїхав. Але бреше, ти ж його знаєш. Знаю-знаю, – підтвердив Худий. Дещо скуто обійняв Лізу, прихопив на сходах відсирілі сигарети, вибіг надвір. Славка був тихий і слухняний. Постійно займався чимось своїм – книгами, іграшками, старим телефоном. Завжди на все погоджувався, завжди всьому тішився. Тішився, коли Худий приходив, тішився, коли той ішов. Худому здавалося, що малий дуже уважний і напевне багато чого розуміє. Ось лише сказати не може. Оскільки взагалі не говорить, від народження.

Головне – добігти, думав, – головне – устигнути. Повернусь – заплачу, повернусь – із усім розберусь – усім допоможу – нікого не забуду.

Треба було лишити квитанції, гарячково згадував Худий, біжучи крізь густий мокрий туман. Десь угорі повітря відсвічувалось, можна було зрозуміти, що вже ранок, що ніч минула, і дощ минув, але туман стояв так щільно, так важко, в ньому було так легко згубитись, що Худий уже й не сподівався кудись прибігти. Але все одно біг, біг, запізнюючись, потрапляючи в калюжі, вода в яких була кольоровою та крижаною. Ще й бігти потрібно було майже на інший кінець міста, збірний пункт знаходився за автовокзалом, тож Худий зосередився й побіг ще швидше, намагаючись не збитись зі шляху. Головне – добігти, думав, – головне – устигнути. Повернусь – заплачу, повернусь – із усім розберусь – усім допоможу – нікого не забуду. Допоможу старому, допоможу хрещеному, поховаю Зою, повернуся до Аньки, куплю хрещенику новий телефон. Все життя бігти, все життя намагатися щось наздогнати в цьому порожньому, мов консервна бляшанка місті, звідки всі намагаються втекти. Повернуся й усім допоможу, повернуся – й усе владнаю. Біг, відчуваючи, як тяжчають від води кросівки, як набухає потом і вологою святкова сорочка, як туман забиває легені. Вискочив на перехрестя, рвонув на невидиме в тумані червоне, ледь не потрапив під колеса якогось таксиста, добіг до привокзальної, з останніх сил прискорив крок, оббіг бетонну коробку вокзалу, важко дихаючи й ледве стримуючи в собі своє серце. В тумані стяли кілька «Лазів». Довкола бігали чоловіки, хтось стояв і віддавав накази, хтось докурював, перш ніж сісти. Встиг, – зрадів Худий і пішов на голоси. Підійшов, пізнав когось зі своїх, попросив у когось закурити, знайшов старшого. Старший злився, але перевірив списки, знайшов Худого, відмітив, сказав залазити до автобуса. Зброю дасте? – запитав Худий. Яку зброю? – скривився старший, – залізай давай. Худий неохоче поліз, інших теж поступово почали заганяти. Багато чоловіків були старшого віку, сонні, невиспані, просто вдягнені. Худий у своїй білій, хоч і мокрій сорочці, виглядав свідком на весіллі. Хтось мав пакети з їжею. Хтось розсовував кишенями сигарети. Алкоголю ні в кого не було. Зброї теж. Якийсь студент витягнув із пакета новий прапор, спробував розгорнути, але й сам зрозумів, наскільки він тут не в тему, зіжмакав, заховав назад. Всі напружено мовчали, дехто намагався дивитися холодно й упевнено, проте в такому розбитому автобусі серед такого туману це не надто вдавалось. Зайшов старший, не подивившись на них, дав команду водієві. Автобус рушив. За ним – решта. Худий дістав телефон, увімкнув звук. Думав комусь передзвонити. Зрозумів, що не має кому.

Zobacz inne utwory autora->
Zobacz inne utwory w tym języku->