Niemieckie słoiki w naszych ogródkach

<

Marcin Gaczkowski

o książce:

Karolina Kuszyk, Poniemieckie,  Czarne, Wołowiec 2019, ss. 464.

Karolina Kuszyk "Poniemieckie"

„To nie przypadek, że wychowani w Szczecinie, Jeleniej Górze i Ząbkowicach Śląskich dobrze się czują na berlińskim bruku i wśród lipskich kamienic, a ci, którzy urodzili się i dorastali na murowanych dolnośląskich wsiach, przeżywają coś w rodzaju szoku kulturowego, gdy pojadą na Zamojszczyznę czy w Kieleckie” – pisze Karolina Kuszyk.

Na zachód wiodły wszystkie drogi
Z dalekich ziem, z dalekich stron
Kto by pomyślał, Boże drogi
Że tutaj będzie jego dom

Szli na zachód osadnicy (słowa Jan Kasprowy)

No właśnie, kto by pomyślał? W 1945 roku pod jurysdykcją Warszawy znalazły się tereny, o władaniu którymi nie śniło się najzagorzalszym nacjonalistom (nie licząc garstki fantastów). I choć propaganda głosiła, że oto fala polskości powraca w swe „odwieczne łożyska”, polskość tych łożysk pozostaje problematyczna do dziś. Jedna trzecia Polski jest poniemiecka.

Powojenni pionierzy zasiedlali „Dziki Zachód” bez zrozumienia nowego krajobrazu kulturowego, w atmosferze dojmującego poczucia obcości. Nie pokochali miejscowej architektury, nie umieli korzystać z zastanych udogodnień technicznych. Ziemia była żyzna, lecz obca. A kamienie milczały, na domiar złego – po niemiecku. Transfery ludności i przerwana ciągłość kulturowa po II wojnie światowej nie są problemami jedynie naszych „Ziem Odzyskanych” – dotknęły też innych „skrwawionych ziem” Europy Środkowo-Wschodniej. Ale być może właśnie tutaj poczucie obcości było największe, podobnie jak stopień zakłamania propagandy głoszącej historyczną sprawiedliwość przepchnięcia całego państwa na zachód.

Obawiam się, że moi przyjaciele z Mazowsza czy Małopolski nie do końca pojmują fenomen poniemieckości, a metafora o kamieniach milczących po niemiecku brzmi dla nich jak bajka o żelaznym Wolfie. Nie wiedzą, jak problematyczne dla neurotycznej jednostki może być zamieszkiwanie okolic o przyciętych korzeniach. Bez folkloru, tradycyjnych potraw i legend. Życie w miejscach, które dżentelmeni z Komisji Ustalania Nazw Miejscowości ochrzcili kuriozalnymi nieraz toponimami.

Nad dziedzictwem poniemieckiego pochyliła się Karolina Kuszyk – polonistka i germanistka, nauczycielka akademicka i tłumaczka literatury niemieckiej. Czytelnik zauważy imponującą wiedzę i erudycję Autorki, które – na szczęście – nie przytłaczają. Narrację prowadzi osoba dysponująca poczuciem humoru i znakomitym piórem.

„Materia mojego dzieciństwa została utkana z poniemieckości” – wyznaje Kuszyk. Być może właśnie wewnętrzna potrzeba napisania tej książki zdecydowała o tym, że Poniemieckie to znakomity debiut.

Tak szeroki temat trudno ująć w systematyczne ramy. Autorka konstruuje więc opowieść wokół przedmiotów. Śledzi ich – obrazów, książek, słoików, mebli… –  wędrówki oraz związane z nimi (rzeczami i wędrówkami) ludzkie historie. Książka składa się z siedmiu rozdziałów, to istny pchli targ, giełda staroci. Możemy je czytać w dowolnej kolejności: „Domy”, „Szaber”, „Meble”, „Rzeczy”, „Skarby i tajemnice”, „Cmentarze”, „Liegnitz”.

Znakomity jest rozdział porządkujący pojęcia. Autorka przypomina, że pierwotnie słowo „szaber” (pochodzące z jidysz) dotyczyło kradzieży mienia (po)żydowskiego. Co więcej – grabienie poniemieckiego było łatwiejsze pod względem psychologicznym, ponieważ wcześniej grabiono pożydowskie. „Poniemieckie” jest zatem bękartem „pożydowskiego”, także na gruncie języka. Przy okazji Kuszyk wprowadza pocieszny termin „popolski” w odniesieniu do tzw. Kresów Wschodnich.

Autorka z umiarkowanym zrozumieniem ustosunkowuje się do powojennej dewastacji zastanych na „Ziemiach Odzyskanych” dobrodziejstw inwentarza. Nie potępia. Wyjaśnia to zjawisko strachem przed obcością. Pionierzy musieli „niszczyć, żeby odreagować. Niemieckimi młotkami skuwać niemieckie napisy, niemieckimi miotłami wymiatać niemieckie kurze”. Mowa o czasach, gdy słowo „niemiec” zapisywano, otóż to, małą literą, a na całych „Ziemiach Odzyskanych” trwała akcja „odniemczania”. Nienawiść i wstręt do niemieckości były faktem, a zagospodarowywaniu nowych obszarów towarzyszył dyskomfort psychiczny. Ale w żadnym razie nie wyjaśnia i nie usprawiedliwia to wydarzeń z okresu zaawansowanego PRL, kiedy integracja z „Macierzą” była już oficjalnie zakończona. Smutny jest rozdział o losach miejsc pochówku, w tym dawnych cmentarzy żydowskich. O niektórych z nich do dziś można przeczytać na tablicach informacyjnych, że zostały zniszczone przez nazistowskie bojówki. W rzeczywistości – jak pokazuje Autorka na przykładzie ze Słubic – zdarzało im się przetrwać wojnę i wczesną władzę ludową w dobrym stanie aż do lat siedemdziesiątych. Wymazano je z krajobrazu później, wskutek decyzji władz i zaniechań lokalnych społeczności.

Najbardziej zadziwił mnie fascynujący podrozdział o dewocjonaliach i sypialnianych religijnych obrazkach – z pulchnymi aniołkami i Jezuskami – które do dziś zdobią ściany w poniemieckich domach.

Z czułą ironią została napisana część książki poświęcona współczesnym dziwakom – tropicielom poniemieckich tajemnic, przede wszystkim na Dolnym Śląsku. Podziemne fabryki, lotniska (!), bursztynowa komnata, złoty pociąg – wszystko to działa na wyobraźnię poszukiwaczy skarbów i przygody. „Czasem boję się – przyznaje Kuszyk – że turystyka doszczętnie zbanalizuje niesamowitą poniemieckość”.

Najbardziej osobiste fragmenty Autorka poświęciła swemu rodzinnemu miastu. W Legnicy polskość przenika się dziś nie tylko z poniemieckością, lecz również poradzieckością. Przed wojną na Friedrichplatz w Liegnitz stał pomnik Fryderyka Wielkiego. Po wojnie monument zaginął, plac otrzymał imię Stalina (obecna nazwa: Słowiański), a na cokole wzniesiono rzeźby przedstawiające żołnierzy (dwóch – polskiego i radzieckiego) oraz dziecko (jedno – czyżby poniemieckie?). Pomnik wdzięczności i przyjaźni zdemontowano w 2018 roku, cokół oczekuje nowych bohaterów. W rozdziale przeczytamy również o polsko-radzieckiej koegzystencji w czasach, gdy część miasta otoczona była murem. Poznamy też dokładny przepis na legnickie bomby, czyli piernikowe ciastka, które do niedawna – ze względu na zastrzeżenie receptury – można było konsumować tylko w niemieckich cukierniach. Ich pieczenie jest czasochłonne, ale pomogają usłużne poniemieckie krasnoludki.

Kuszyk czerpie pełną garścią z warsztatu literaturoznawczyni. Stąd wiele odniesień do literatury pięknej oraz cytatów (z Joanny Bator, Stefana Chwina, Pawła Huellego, Tomasza Różyckiego czy Olgi Tokarczuk). Nie są to lukrowane ozdobniki. Autorka zastanawia się, czy i w jaki sposób współczesna literatura polska radzi sobie z kłopotliwym spadkiem. Kuszyk odnotowuje „wysyp” poniemieckości po 1989 roku. Potwierdzają to także inne teksty kultury – współczesne ogłoszenia zamieszczane na OLX czy Gumtree. Dobra wytworzone przez poprzednich mieszkańców „Ziem Odzyskanych” nadal przechodzą z rąk do rąk, a słowo „poniemiecki” bynajmniej nie wychodzi z użycia. „Z poniemieckimi słoikami jest jak z pamięcią. Prędzej czy później natkniemy się na nie we własnych ogródkach” – uprzedza Kuszyk. Ale bądźmy czujni, zakonserwowana żywność może być zatruta!

Drobne uwagi pod adresem Wydawcy: szkoda, że nie zamieszczono – choćby schematycznej – mapki ziem zachodnich i północnych z zaznaczeniem miejscowości, o których mowa w książce; listę tych ostatnich – w obu wersjach językowych – znajdziemy na końcu książki, niestety bez wskazania odpowiednich numerów stron.

* * *

„To nie przypadek, że wychowani w Szczecinie, Jeleniej Górze i Ząbkowicach Śląskich dobrze się czują na berlińskim bruku i wśród lipskich kamienic, a ci, którzy urodzili się i dorastali na murowanych dolnośląskich wsiach, przeżywają coś w rodzaju szoku kulturowego, gdy pojadą na Zamojszczyznę czy w Kieleckie” – czytam w „(Po)słowiu”. Zgadzam się. Wschód Polski to dla mnie może nie zagranica, ale jednak pewna egzotyka. Jak śpiewa Roman Kołakowski: „W polskim Wrocławiu niemieckie domy to właśnie moja ojczyzna”.

„Zwiedzajcie Piastowski Wrocław” – zachęcał neon, który pamiętam z dzieciństwa. Trudno jest żyć w rzeczywistości nieopisanej lub – co gorsza – opisanej błędnie. Wrocław to największe miasto na świecie dotknięte po II wojnie światowej niemal całkowitą wymianą ludności. Próbowano zmienić także jego historię. Dziś spadkobierca Breslau czyni z wielokulturowości swoją wizytówkę, nie wstydzi się niemieckich kart w dziejach. A mimo to wciąż znikają wrocławskie zabytki, zwłaszcza mniej spektakularne i stosunkowo nieliczne pozostałości architektury przemysłowej.

Obecnie mieszkam na wsi w województwie lubuskim. Charakterystyczne wiejskie zabudowania z czerwonej cegły lub o konstrukcji szachulcowej giną tu w zastraszającym tempie. Inne po przebudowie nabierają tak koszmarnych kolorów – róże, fiolety, rozmaite odcienie żółtego – że chyba lepiej byłoby je wyburzyć. Dewastacja krajobrazu, którego genezą jest niedostatek wiedzy oraz uregulowań prawnych, trwa nadal. W centralnym miejscu mojej wsi można przeczytać krótki rys historyczny. Zbyt krótki. Wynika z niego, że najważniejszym wydarzeniem w dziejach osady był piętnastowieczny bunt ludności przeciwko Krzyżakom. Ani razu nie pojawia się tu etnonim „Niemiec” czy przymiotnik „niemiecki”.

Przed kilkoma laty pewien polityk pytał retorycznie, czy Polacy muszą dbać o niemieckie dziedzictwo. Zapomnijmy o polityku, o dziedzictwie pamiętajmy. Kuszyk zwraca uwagę na charakterystyczną tendencję. Dawnych przesiedleńców jest już coraz mniej, a kolejne niemieckie pokolenia przestają się interesować artefaktami ze współczesnej Polski. To przykre. Ale optymizmem napawa fakt, że niemieckie pamiątki przyciągają dziś uwagę Polaków poszukujących informacji o swoich rodzinnych miejscowościach.

Potrzebujemy nowych opowieści o ziemiach zachodnich i północnych, nowego mitu założycielskiego. „Człowiek ma prawo mieć kilka tożsamości. Poniemiecką też” – sądzi Kuszyk. Jej książka pomaga w dalszym zapuszczaniu korzeni duchowych w miejscach, gdzie – jak zauważyła Autorka –  „swoje i obce są różnymi obliczami tego samego”.

 

Ilustracje:

  1. Posadzka przy ul. Piastowskiej we Wrocławiu ©Wrocławskie Kamienice.
  2. Okładka książki ©Agnieszka Pasierska/Pracownia Papierówka.
  3. Herb Wrocławia na ścianie dawnego domu rektora przy ul. Swobodnej ©Krzysztof Studniarek.