Literatura pozwala czasami uciec od polityki

<

Laurynas Vaičiūnas – jedna z głów wielogłowego (smoka) Kolegium Europy Wschodniej im. Jana Nowaka- Jeziorańskiego. Korespondent Litewskiego radia publicznego (LRT) w Polsce. Zgodnie ze zwyczajem tytułowany czasami kasztelanem zamku na wodzie w Wojnowicach. Absolwent University College London i University of Bath. Miłośnik rugby i win naturalnych. 

Maciej Piotrowski: Kolegium Europy Wschodniej ma wiele nitek działalności. Wydawnictwo to jedna z nich, ale ostatnimi czasy wydaje mi się, że staje się coraz silniejsza. Co skłania Was do wzmocnienia tej działalności? 

Laurynas Vaičiūnas: Literatura pozwala czasami uciec od polityki. Dla nas jako instytucji działającej na pograniczu polityki i życia pozarządowego jest to ważne. Możemy dokonywać takiego manewru w trudnych czasach np. kiedy nasza wizja podejścia do spraw międzynarodowych nie jest w mainstreamie. 

MP: Czym kierujecie się przy wyborze książek do publikacji?

LV: Nasze wydawnictwo nie jest bardzo rygorystyczne, jeśli chodzi o linię wydawniczą.  Skupiamy się na promocji dobrej literatury, ale też praw człowieka. To, co będziemy wydawać często zależy od tego kogo spotkaliśmy – czy ja, czy ktoś z zespołu. Po takich spotkań często rodzi się pomysł, żeby wydać jakąś książkę. Nie jesteśmy też bardzo przywiązani do ograniczania się geograficznego. Ciągle kwestionujemy sposób rozumienia regionu Europy Wschodniej. Stąd na przykład poezja grecka, którą ostatnio publikowaliśmy. 

MP: Wydaje mi się, że w waszym portfolio jest coraz więcej pozycji z literatury pięknej, chociaż kojarzyłem Was bardziej z eseistyką.

LV: Uważam, że zawsze mieliśmy dobry miks tych dwóch dziedzin. Tak jak z miksem energetycznym – nie powinno opierać się tylko na energii atomowej czy zielonej. Tak samo my nie chcemy się specjalizować na jednym gatunku, jak czasem robią to inne, również świetne wydawnictwa. Jak wspominałem, w naszej polityce jest spory element przypadkowości i uznaniowości.

MP: Mając wokół siebie tylu zasłużonych ludzi z wielką wiedzą, trudno nie kierować się ich sugestiami. Widziałem w waszych planach wydawniczych ciekawe pozycje z Ukrainy. Dość nieoczywiste, bo nie jest to współczesna, popularna literatura.

LV: Czasami przychodzi nam do głowy, że warto wydać kanon literatury jakiegoś kraju, pokazać szeroką perspektywę. Bo w krajach Europy Środkowo-Wschodniej, ze względu na historię, straciliśmy wiele. Udało nam się to zrobić z litewską literaturą. Ponad 10 lat temu wydaliśmy też sporą serię literatury białoruskiej, nawet z szeroko zakrojoną antologią poezji od XIV do XX wieku. 

MP: I co tą z Ukrainą?

LV: Jeśli chodzi o ten kraj – jesteśmy na początku. Polacy kiedyś lubili się chwalić, że są autostradą: gdy autor ze wschodu wyda książkę tutaj, można zacząć karierę w całej Europie. Ale my nie próbujemy konkurować jeśli chodzi o najnowsze sensacje. Planujemy wydać zaległe, ważne książki. Zaczynamy od pierwszej ukraińskiej powieści modernistycznej “Miasto” Waleriana Pidmohylnego, którą przetłumaczy Marcin Gaczkowski. Wznawiamy, poprawiamy i uzupełniamy “Antologię poezji ukraińskiego modernizmu” w tłumaczeniu Adama Pomorskiego.  Tam znajdzie się to, co najlepsze w ukraińskiej literaturze XX wieku. W całym procesie chodzi nam o uzupełnienie braków w świadomości Polaków zainteresowanych tematem i tworzenie dobrego ducha w stosunkach polsko-ukraińskich – co jest naszą misją, jako Kolegium. 

MP: Wyjątkiem, który jak rozumiem potwierdza regułę, jest wydana przez Was ostatnio powieść Wołodymyra Rafiejenki “Najdłuższe czasy”. To świeża sprawa, pozycja opublikowana na Ukrainie w 2017 roku. Traktuje o sprawach jeszcze niezakończonych – trwającej wojnie w Donbasie. 

LV: Jak mówiłem, dla nas liczy się różnorodność. I oczywiście uznaniowość. Historia tej książki jest następująca: na fali działań w ramach Europejskiej Stolicy Kultury stworzyliśmy program stypendialny. W jego ramach przyjechał do nas Rafiejenko, będący wówczas w dość skomplikowanej sytuacji życiowej. Był uznanym rosyjskojęzycznym autorem, nagrodzonym ważną nagrodą “Russka Premija”. Postanowił wyjechać z okupowanego Donbasu – i to nie do Moskwy, gdzie czekałaby go prosta ścieżka kariery, ale do Kijowa. To był jego wybór ideowy.  Przygotowywał wówczas pierwszą dwujęzyczną książkę (ukraińsko-rosyjską). Podczas jego pobytu, zrodziła się pewna przyjaźń między naszą instytucją, tłumaczami a nim. Chcieliśmy wydać jego książkę, a z naszej perspektywy temat  był nieco drugorzędny. Rzeczywiście jest to tocząca się teraz wojna, ale to co ważne, autorski styl umieszcza literaturę ukraińską w światowym kontekście, między innymi przez odniesienie do realizmu magicznego.

MP: Co z eseistyką? Czy wolicie świeże tematy, czy również odleglejsze?

LV: Staramy nie angażować w sprawy zupełnie bieżące. Jest jeszcze tyle do odrobienia i tyle do przemyślenia, że możemy sobie pozwolić na dłuższą refleksję. Wolimy rzeczy, które już przeszły próbę czasu lub wiemy, że ją pokonają. Na pewno nie będziemy zajmować się reportażem. Cenię takie publikacje, uważam, że Polska może chwalić się, że ma własny gatunek literacki. Ale niech to będzie produkt eksportowy i niech ludzie za granicą to czytają. My powinniśmy poznawać literaturę naszych sąsiadów – dalszych czy bliższych.  Po to są takie instytucje jak my. 

MP: I po to są tłumacze, z którymi solidnie współpracujecie, nie ograniczając się tylko do zlecania tekstów. 

LV: Kluczową postacią jest tutaj Adam Pomorski. To jeden z najważniejszych tłumaczy literatury rosyjskiej, niemieckiej i – trochę z naszej inspiracji – również ukraińskiej. Pewien czas temu, we współpracy z Olą Hnatiuk, próbowali wciągnąć  nowe osoby w tłumaczenie literatur krajów sąsiednich. To wszystko działo się w Warszawie. W pewnym momencie mój kolega z KEW Jan Andrzej Dąbrowski postanowił przyciągnąć ich do nas i stworzyć cykl stałych spotkań translatorskich. 

MP: Jaki był Wasz cel?

LV: Chcieliśmy zapobiec pewnemu ryzyku. Ze względu na fascynację Zachodem tworzyła się luka pokoleniowa. Mieliśmy zasłużoną kadrę tłumaczy z języków naszego regionu, ale nie pojawiali się nowi, młodzi. Stąd pomysł seminariów dla tłumaczy i przyciągnięcia do tego zawodu nowych osób. Organizujemy je od paru lat, nawet dwa razy co roku. Można to nazwać zwykłym warsztatem, ale ma też aspekt środowiskowotwórczy. Przy spotkaniu z takim mistrzem jak Adam Pomorski tłumacze uczą się pokory, budują relacje z innymi kolegami, tworzy się pewnego rodzaju samorząd translatorski. To ważne, bo oni są adwokatami, ambasadorami tych kultur i warto z nimi tworzyć nowe programy i pomysły popularyzatorskie. 

Zrealizowano w ramach programu stypendialnego Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego – Kultura w sieci